Matka Egoistka

partenting matka egoistka jedynactwo
Każda kobieta, a zwłaszcza matka, nie zależnie od swojej sytuacji rodzinnej czy ekonomicznej wcześniej czy później zostaje zaopatrzona w łatkę egoistki.

  • Matka pracująca jest egoistką, bo śmiała wrócić do pracy, a nie zostać w domu z jedynym celem swojego życia jakim jest jej dziecko.
  • Matka pracująca, zostawiająca dziecko  w placówce żłobkowej, to egoistka poziom milion.
  • Matka wracająca na studia? Cóż za dziwna, ekhem, fanaberia, ma dziecko a tu jeszcze czego? rozwoju jej się zachciało?
  • Matkami egoistkami są również te, które mają swoje pasje, wychodzą ze znajomymi, ale bez dziecka na miasto... 
Generalnie jeśli śmiesz mieć w życiu nieco inne zainteresowania, niż TYLKO, dziecko i rodzina, możesz być pewna, że w końcu ktoś nazwie Cię słowem na "e" (nie, nie chodzi o eklerkę;))

Ostatnimi czasy spotkałam się z kolejnym czynnikiem, który robi ze mnie egoistkę. Tzn. jeszcze większą niż jestem w kontekście wcześniej przytoczonych przykładów.
O co chodzi?
O dziecko samo w sobie. Czy raczej o ilość dzieci na stanie. Okazuje się, że posiadanie jednego dziecka to również egoizm.
Jest to powtarzane zarówno przez osoby wielodzietne, co poniekąd jestem w stanie zrozumieć jak i te bezdzietne czego zupełnie nie ogarniam.

Nie wiem co powoduje nasilanie się tego typu komunikatów, jednakże jako matka i hiper egoistka, zdeklarowana "posiadaczka" jedynaka co Wam powiem to Wam powiem.

Macierzyństwo nigdy nie było ani moim marzeniem ani priorytetem. Było pewną naturalną koleją rzeczy, która jednak nie musi być naturalna dla ogółu populacji. Rola matki nigdy nie była dla mnie obligatoryjna. Tak samo jak obowiązkowym dla rodziców nie musi być chęć posiadania więcej niż jednego potomka.
Kiedy decydowaliśmy się na pierwsze (i ostatnie) dziecko nasza decyzja opierała się na wielu przemyśleniach i obciążona było wieloma obawami związanymi m.in. z moim charakterem - w końcu choleryczka, furiatka to kiepski materiał na matkę.
Moje obawy okazały się słuszne. 

Macierzyństwo nie jest dla mnie drogą łatwą i przyjemną. Jest trudne i kosztuje mnie wiele. Wiele nerwów, frustracji i jeszcze więcej pracy nad sobą. Co więcej czuję, że w tej codziennej walce, bo tak, na co dzień walczę ze swoimi słabościami i demonami, momentami dochodzę do ściany i czuję, że głową muru nie przebiję... W tym kontekście szalenie wkurza mnie, kiedy słyszę to pieprzenie o egoizmie, dlatego też:

  • Jeśli egoizmem jest szukanie drogi do bycia lepszym człowiekiem dla małej wścieklizny jaką jest Zo to tak jestem egoistką. W końcu chcę się rozwijać. Nie ważne czy w obszarze studiów potrzebnych do pracy czy treningu potrzebnego do przeżycia czy raczej do bycia lepszym człowiekiem, a w tym konkretnym przypadku rodzicem. Jednak ilość energii jaką mogę na to poświęcić jest ograniczona i na ten moment starczy na jedno dziecko, jednego męża i jeden etat zawodowy.

  • Jeśli egoizmem jest liczenie na siebie - to biję się w pierś, ale nie wyobrażam sobie zawierzenia przyszłości mglistym obietnicom partii rządzącej czy nawet mojemu mężowi, który (czysto hipotetycznie) mógłby powiedzieć „Nie pracuj, zostań w domu i zajmij się dziećmi”. Co zrobiłabym jeśli, tfu tfu, by mi go zabrakło? Z gromadką dzieci na karku, kredytem hipotecznym i kilkuletnią luką w życiorysie? Już widzę, jak pracodawcy walą do mnie drzwiami i oknami...

  • Jeśli egoizmem jest fakt, że wolę żeby moje dziecko miało matkę szczęśliwą niż sfrustrowaną, to - zgadnijcie co? Niech i tak będzie. Chociaż nawet przy jednej choleryczno-asertywnej Zo jest mi czasem niewypowiedzianie ciężko to walczę o własne zdrowie psychiczne - wychodnym, pracą, nauką. Jasne, mogłabym to wszystko poświęcić dla gromadki dzieciaczków dając im świetny przykład tego jak być wrednym, rozmemłanym i sfrustrowanym babsztylem. Zakładam, że tak bym właśnie skończyła. 
Do tego wszystkiego dochodzi ciąża, która po fakcie okazała się bardziej problemowa niż myślałam, trauma cesarskiego cięcia bez znieczulenia, niepewność finansowa i masa innych "drobnostek"...

Możecie pisać, że przesadzam, że zobaczyłabym co to znaczy poświęcenie jakbym miała więcej dzieci…. Pewnie macie racje, problem w tym, że ja mam serdecznie dosyć poświęceń i bicia głową w mur. Dowodem na to jest chociażby tekst, sprzed prawie dwóch lat, o tym jak trudne jest macierzyństwo, w moim wydaniu. To ile teraz znoszę jest dla mnie dobrowolnym maksimum. Gdybym musiała znieść więcej pewnie dałabym radę, ale nie chcę.
Cieszę się, że mam za sobą okres noworodkowy, że Zosia w miarę płynnie przechodzi kolejne etapy. Fakt, czasem rozczulam się nad tym jak szybko dorasta, ale nie tęsknię za jej niemowlęcą wersją. Oddycham z ulgą, że te etapy są za nami i przebieram nogami w oczekiwaniu na kolejne. Kolejne etapy życia Zo, nie kolejne dziecko.

Egoista wychowa egoistę.
Oby! Jeśli dzięki temu Zo będzie potrafiła żyć w zgodzie ze sobą i swoimi przekonaniami to cudownie. Życzę jej tego z całego serca.

Na koniec dodam jeszcze, że bycie jedynakiem nie jest równoznaczne z byciem egoistą. Znam wielu egoistów posiadających rodzeństwo i wielu jedynaków, którzy oddali by potrzebującemu swoją ostatnią koszulę, zatem, może warto pogodzić się z taką szaloną teorią, że to nie kwestia ilości braci i sióstr, tylko wychowania i przykładu? Który idzie z góry.
Więcej... >

#MyFirst7Jobs czyli moje zawodowe fanaberie

Zazwyczaj nie biorę udziału w łańcuszkach – czy to na fejsie czy w blogosferze. Jednakże hashtag #MyFirst7Jobs bardzo przypadł mi do gustu. 
Po pierwsze dlatego, że jest to fajna okazja, do tego aby trochę o sobie opowiedzieć, po drugie ponieważ moich 7 pierwszych prac było czymś tak bardzo abstrakcyjnym i nie połączonym z czymkolwiek, że może zainspiruję kogoś do tego, że warto szukać swojego zawodowego miejsca na ziemi, a nuż trafi się w końcu do punktu, który się naprawdę polubi. Trzeci powód jest taki, że mój całkowicie nieżyciowy kierunek studiów tzn. kulturoznawstwo wymagał ode mnie nie lada gimnastyki aby połączyć studia, które uwielbiałam z sensowną pracą "nie w zawodzie", bo na posadę z nim związaną nigdy się nie nastawiałam, a studia wybrałam kierując się zasadą, że chcę się uczyć czegoś co mnie kręci, niezależnie od tego jak bardzo nieżyciowe to będzie.

Po 12 latach pracy (nie, nie jestem taka stara, po prostu zaczęłam pracować tuż po maturze:P) trafiłam do super miejsca, którego nie zamieniłabym (przynajmniej na razie) na nic innego, ale jest to moja 9, a nie 7 praca.

Zatem o to moich pierwszych 7 prac:

1. Dzień dobry, czy ma Pan czas porozmawiać o Jezusie?
Może nie o Jezusie, ale o ofercie (już nieistniejącego) operatora telefonii stacjonarnej. Od czasu do czasu „obsługiwałam” również konkursy audiotele (gimby nie znajo;)).
Była to moja pierwsza praca w ogóle, a zarazem pierwsza (i ostatnia) na słuchawce. Wytrzymałam zabójcze dwa tygodnie.
Jedzenie ograniczało się do dwóch żelek przy telefonie, przerwy (2x15min/8h) spędzałam paląc papierosy, a żeby wyjść do łazienki musiałam zadzwonić do Szefa informując go o tym, że na czas mojej kibelkowej nieobecności potrzebuję zastępstwa (sic!).
Plusy: Schudłam 4kg, poznałam tajniki obsługi trudnego klienta.
Minusy: Niewyspanie (zmiana zaczynała się o 7), dojazdy, brak umowy, beznadziejna stawka godzinowa, ściemniany system motywacyjny…

2. Proszę tego nie dotykać…
...czyli, uwaga, SPECJALISTYCZNA UZBROJONA FORMACJA OCHRONNA. Ta daaam! Żeby nie było mam 150 cm wzrostu w kapeluszu i ważyłam wtedy jakieś 45-47kg. Nie mniej jednak, z jakiś przyczyn, pomyślałam, że praca w Zamku Królewskim w Warszawie to świetny pomysł. Zamek Królewski = kultura = kulturoznawstwo – logiczne? Nic bardziej mylnego.
Nauczyłam się perfekcyjnie wycierać kurze i jeszcze lepiej przysypiać oparta o welurowe ściany.
Plusy: Ludzie – głownie studenci, którzy mieli w nosie konwenanse (co nie dziwi przy tak niskiej stawce), możliwość dotykania eksponatów i włażenia w strefy z alarmem. Jako że do tej pory główna ekspozycja nie uległa zmianie mogę robić za przewodnika, bo nauczyłam się opisów sal na pamięć.
Minusy: Odpowiedzialność niewspółmierna do płacy (3,61zł/h), a co za tym idzie w czasie oblewania Matki Boskiej Pieniężnej można było niechcący przepuścić pensję z całego miesiąca (sprawdzone organoleptycznie na Mariensztacie;)).

3. Urzędnik - bez podtekstów
Po pół roku pracy w Zamku Królewskim trafiłam na wakacyjne zastępstwo do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Średnia wieku 50 lat, ale ogólnie bardzo w porządku ludzie. Zespół w którym pracowałam wspominam z ogromnym sentymentem.
Plusy: Pensja i jakiś tam prestiż oraz fakt, że szybkie pisanie na klawiaturze robiło wrażenie na współpracownikach.
Minusy: Umowa na zlecenie, karaluchy w kopertach i radio Józef w głośnikach.

4. Klepać każdy może (trochę lepiej lub trochę gorzej)...
...ale nie o to chodzi ile znaków zgodzi. Pierwsza praca korpo. Pierwsza w której musiałam udawać, że nie znam angielskiego i borykać się z totalnym kumoterstwem w zakresie przyznawania bonusów, premii, o podwyżkach nie wspominając. Praca w której Prezes, z wężem w kieszeni, bezczelnie opowiadał o mitycznej medianie mając w dupie beznadziejne wynagrodzenie podwładnych. Praca w której szybkość pisania na klawiaturze nie była niczym nadzwyczajnym. Ba, okazało się, że to co dla mnie było szybkie dla innych było tempem (co najwyżej) żółwim. Jednocześnie była to praca z cudownym zespołem, zgranych młodych ludzi wariatów, (ponownie) mających w dupie konwenanse i osławiony mit pracy w korpo. Zespół nasz był tak oderwany od reszty korporacji, tak bardzo niereprezentatywny i nieokrzesany, że dostał miano Mordoru.
Ponadto właśnie w tym miejscu dowiedziałam się, że potrzeba snu to tylko jakieś mrzonki, można bowiem zasuwać na nockach, a potem iść na wykłady. Ba, można zasuwać od 7 do 14, potem skoczyć na piwo (ściemniając rodzicom, że ma się nockę), a potem, po 3h, snu zwlec się z powrotem do pracy/na wykłady. Kolejnym odkryciem był Quake. Kto nie zaznał Quake'a na open spejsie ten nie wie nic o grach w sieci;)
Plusy: Cudowni ludzie (w tym mój szanowny małżonek), umowa o pracę na czas nieokreślony, nauczyłam się pisać bezwzrokowo, w cv-ce pojawił się wpis o odpowiedzialnej pracy, przetwarzaniu danych i znajomości prawa bankowego (nudyyyyy jednym słowem).
Minusy: Beznadziejna kadra kierownicza lekceważąca pracowników, zapraszająca na wizytację Amerykanów, którzy (myśląc, że nie znamy angielskiego) w naszej obecności pozwalali sobie na drobne żarciki pt.:  „2$ per hour – hahaha”. HAHAHA - fuck you.

5. Nie ma to jak media!

Po pracy w korpo, zwłaszcza w kontekście studiów zamarzyłam o pracy w mediach i udało się! Dostałam pracę jako grafik emisyjny w niszowej stacji. Wytrzymałam tam miesiąc. Okazało się, że praca 24/7, ciągle na żywo, bez czerwonych dni w kalendarzu. nie jest moim żywiołem i ma niewiele wspólnego z wyidealizowanym wyobrażeniem pracy w TV. Chociaż bardzo chciałam, żeby było inaczej. Po miesiącu wycofałam się z interesu.
Plusy: Poznanie pracy w TV od kulis, konfrontacja wyidealizowanego wyobrażenia z brutalną rzeczywistością. Tak, to plus, bo pozyskałam wiedzę, o tym czego na pewno nie chcę robić w życiu.
Minusy: Umowa o dzieło, brak szacunku, chroniczne niewyspanie (pobudki o 5 rano, koniec 2 zmiany o 24).

6. Asystuję
Czyli powrót do korpo. Szkoła życia pierwsza klasa. Ogarniałam budżet, faktury, estymacje, prezentacje, delegacje i inne -acje. Szef jak szef – z gatunku upierdliwych nauczył mnie, że zanim powiem „nie da się” sprawdzę wszystkie opcje oraz że kiedy ktoś mówi, że miejsce asystentki jest pod biurkiem, należy mu powiedzieć żeby spierdalał na drzewo.
Plusy: Wynagrodzenie, otwarcie drzwi na inne bardziej ambitne stanowiska, zdobycie dużego doświadczenia w tworzeniu biura, dzięki któremu zdobyłam pracę nr 7.
Minusy: Umowa o pracę tymczasową, szef erotoman gawędziarz, kierownicy z poprzedniego, jedynego słusznego ustroju, powtarzający stereotypy o tym, że asystentka siedzi i pachnie, a nie zapierdala jak dziki osioł.

7. Zarządzanie projektami to jest to!
Powrót do branży mediów tym razem od zaplecza, bo od strony IT. Biuro Projektów. Przypadkowy strzał w dziesiątkę. Nie dość, że obowiązki sensowne to jeszcze Szef będący przeciwieństwem  tego z punktu 6. Dopełnieniem szczęśliwości był super zespół i możliwości rozwoju, z których skorzystałam i które bez wątpienia umożliwiły mi dalszy rozwój, a zatem dotarcie do obecnej posady.
Plusy: Cudowni ludzie, ciekawe obowiązki, stabilność (umowa o pracę), która pozwoliła mi na spokojne zajście w ciążę, odkrycie swojego konika, jakim jest PMO.
Minusy: Plusy skończyły się wraz z fuzją dwóch firm.

Jaki z tego morał? Wykształcenie sobie, studia sobie. Można studiować coś co się kocha a pracować w zupełnie innej branży, chociaż na pewno jest to dosyć trudne, zwłaszcza jeśli kulturoznawca ląduje w branży IT i chce tam pozostać, a tak właśnie jest w moim przypadku:)

Mam nadzieję, że udało Wam się dotrwać do końca:)

PS Kochani, kto następny? Jakie były Wasze pierwsze prace? Z chęcią poczytam o tym u Was na blogach albo w komentarzach:)
Więcej... >

Kłamca kłamca… VOL 2

Pamiętacie moje pierwsze wynurzenia o małych kłamstewkach? Przyszła pora na część drugą. W tym tekście kłamstwa typowe dla dzieciatych.

Wszystkie dzieci już śpią
Godz. 20.30 dzieć po kąpieli i kolacji rumakuje w łóżku i ani myśli zasnąć. Prosicie, błagacie, drzecie szaty i… nic. Odwołujecie się zatem do kłamstwa przekazywanego z pokolenia na pokolenie pt.:” Kochanie, wszystkie dzieci już śpią, na Ciebie też pora”. Poza dziećmi śpią też wszyscy dziadkowie, babcie, ciocie, wujkowie, postacie z bajek, misie, lalki, ba śpi nawet woda z kąpieli:P
Ze spaniem związana jest też półprawda „im szybciej zaśniesz tym szybciej będzie jutro”. Sama sobie z resztą powtarzam to małe kłamstewko kiedy nie mogę się czegoś doczekać;)
Źródło
Usychanie odnóży
Mało pedagogiczne, wiem, możecie mnie linczować do woli, ale w sytuacjach zabawowych kiedy dziecia ponosi fantazja i postanawia wymierzyć matce kuksańca albo niewinnego plaskacza czasem pada z moich ust zdanie stare jak węgiel „jak będziesz biła mamę to Ci rączka uschnie…”
Źródło
A fuuuuu…
Uwielbiam kawę (jak 99% matkowej populacji), od czasu do czasu ze smakiem pałaszuję kebaba/pizzę/hot wingsy. Niestety, bywa tak, że nie udaje mi się tego robić po kryjomu (czyt. nad zlewem w kuchni albo w łazience). Kiedy Zo nakrywa mnie na gorącym posiłku, tfu, uczynku, całe swoje zdolności aktorskie angażuję w przekonanie pierworodnej, że to co akurat pochłaniam jest obleślne, niesmaczne i w ogóle jakbym mogła to bym tych pyszności, znaczy się obleśności, nie jedła/nie piła.
Źródło
Mmmm pycha…
Czyli odwrotność punktu 3.
Kochanie mam dla ciebie syropek/kaszkę/brokuły – mmmmmm, pycha! Zdolności aktorskie z wcześniejszego punktu znowu działają na najwyższych obrotach, bo trzeba robić mmmmm, głaskać się po brzuchu i mieć błogi wyraz twarzy.
Źródło
Jeszcze chwileczka i....
wysiądziemy/będziemy na miejscu. Kłamstwo to pojawia się zwłaszcza w sytuacjach kiedy stoimy w korku, zapada zmrok, do domu daleko, a dzieć krzyczy, że chce wysiąść teraz, zaraz, natychmiast.
Źródło
Coś mi umknęło?:)
Więcej... >

Raz, dwa, trzy, na terapię idziesz Ty!

Zawsze, nawet kiedy nie byłam rodzicem, miałam jasną wizję tego jak będzie wyglądać relacja moja i mojej córki. Wyobrażałam sobie wspólne babskie wyjścia, dyskusje i rozważania. Z drugiej strony równie często myślałam o relacji ojciec - córka. Jest to równie ważne jeśli nawet nie ważniejsze, bo to tata, bardziej niż ktokolwiek, buduje w dziewczynce poczucie jej wartości. Zawsze chciałam aby moje relacje z dzieckiem były oparte na partnerstwie, szczerości i zrozumieniu.
Zdania nie zmieniłam, jednakże jako dorosła kobieta, która przerabia z własnymi rodzicielami przejścia z kategorii hardcorowych pozwalam sobie na apel. Oto on:

!KOCHANI RODZICE NIE ANGAŻUJCIE SWOICH DZIECI W SWOJE MAŁŻEŃSKIE PROBLEMY!

Tyczy się to zarówno dzieci małych jak i tych dorosłych. Żadne, podkreślam, ŻADNE, dziecko nie powinno doświadczać bycia rozjemcą czy powiernikiem jednej czy obu stron sporu. Zwłaszcza jeśli przez pierdyliard lat było utrzymywane w ułudzie, że może nie jest idealnie ale dajecie radę. Cóż, jeśli nie dajecie to jest to WASZ problem i dziecko, zwłaszcza to młodsze nie powinno być w to zaangażowane. Powinniście zrobić WSZYSTKO aby ewentualne perturbacje przejść bez zmuszania potomka do wyboru strony.
Możecie się kłócić, możecie się rozwodzić, ale podstawową rzeczą jest szacunek do siebie i zachowanie godności. Tak godności, bo można mieć różne problemy - związkowe, finansowe itp, ale należy zachować w reakcji na nie umiar. Chociażby pozorny. Drugą, równie ważną kwestią, jest to, aby nie uzależniać swojego dobrego samopoczucia od tego co robi, bądź czego nie robi Wasze dziecko, zwłaszcza to dorosłe odpowiedzialne samo za siebie, a nie za Was, również dorosłych myślących samodzielnie jednostek.

Z punktu widzenia dorosłego dziecka mogę powiedzieć, że nie ważne ile ma się lat, jak bardzo jest się świadomym i empatycznym człowiekiem w pewnym momencie czara goryczy się przelewa. Niezależnie od wieku uczestnictwo w sporach rodziców pozostawia tylko uczucie bezsilności, zrytą psychikę, a czasem porządnego wkurwa, który niestety wypiera współczucie. Żadne dziecko, ani 5-cio letnie ani to po 30-tce nie jest na to gotowe i nie powinno tego doświadczać. Potomek w wersji dorosłej może doradzić, pomagać ogarniać kwestie formalne. Może pocieszyć mówiąc, że będzie dobrze i tyle.

Wybieranie strony, wysłuchiwanie irracjonalnych wywodów, po których oczekuje się przytaknięcia ze strony dziecięcia znacznie wychodzi poza zakres jego możliwości. Tzn. możliwości to ono może ma, ale próby wejścia w to bagno kończą się tym, że miota się jak ryba bez wody i finalnie również jest skazany na terapię. O ile ja, dorosła kobieta, mogę iść na terapię bez większego problemu, o tyle nie wyobrażam sobie tego co przechodzi w analogicznej sytuacji np. 8-latek. Jest mi źle po 30-tce, 8-latkowi współczuję szczerze, bo ja mam doświadczenie, męża i własne dziecko. Kilku(nasto)-latek zostaje z problemem sam jak palec. Dlatego drodzy rodzice, jeśli chcecie się wygadać, wylać brudy, zatrudnijcie psychoterapeutę, poszukajcie terapii małżeńskiej, ale na wszystko co dobre, nie wrabiajcie dziecka w bycie Waszym psychoanalitykiem...

Jeśli chcecie aby Wasze dziecko zachowało zdrowie psychiczne, resztkę szacunku i empatii, na pewnym etapie swoich problemów nie angażujcie go w swoje spory i rozterki. Nawet dorosłe dziecko potrzebuje świadomości, że w zmieniającym się wszechświecie ma swoją oazę, ostoję miłości, zrozumienia i akceptacji w postaci rodziców, niezależnie od tego czy są oni razem, czy oddzielnie czy akurat w tym momencie się kochają czy może są na rozstaju dróg.
Więcej... >

Nigdy nie mów nigdy...



Pamiętacie jak za czasów bezdzietnych widząc scenę z wrzeszczącym dwulatkiem w akcji myśleliście sobie "ja bym nigdy..." i tu następowała tyrada na temat tego na co byście nigdy, PRZENIGDY, nie pozwolili potomstwu? Ja pamiętam doskonale.

Cóż, zawsze powtarzam, że karma to dziwka. 
Do tego lubi płatać figle. Za sprawą różnych czynników, takich jak choroby, pojawienie się rodzeństwa, a czasem przez zwykłe zmęczenie to co kiedyś było dla nas - bezdzietnych pewnikiem, dla nas - dzieciatych jest już tylko mrzonką. 
Oto lista moich prawd objawionych, które okazały się bublami.

Nie będę zabezpieczać mieszkaniaBędę dziecku cierpliwie tłumaczyć, że wkładanie palców do kontaktu jest zabronione... Próbowałam. Niestety po kilku dniach nieustającej walki i po 26-tej histerii w ciągu jakiś 12 godzin spędzonych z niespełna roczną Zo zwątpiłam i... kupiłam zaślepki. I nakładki na narożniki oraz blokady do szuflad. Jak szaleć to szaleć. Oczywiście po ich założeniu nadal tłumaczyłam Zo dlaczego tego i tamtego tykać nie wolno, ale brak mojej zdecydowanej reakcji zdecydowanie osłabił zainteresowanie dziurami w ścianie.
Nie będę spała z dzieckiem – w końcu łóżko rodziców to łóżko rodziców. Wszystko się zgadza. Do czasu. Ząbkowania/chorowania/zmiany łóżka niemowlęcego na bardziej dorosłe. Podobno jest też inaczej przy karmieniu piersią, ale tej strony nie sprawdzałam organoleptycznie, więc się nie wypowiem.
U nas zaczęło się od chorowania, w czasie którego wolałam Zosię mieć przy sobie niż co godzina wstawać do niej żeby pomóc przy ataku kaszlu. Potem okazało się, że jakimś cudem dzieć śpiąc z nami w łóżku, zamiast robić pobudkę o nieprzyzwoitej 6 rano potrafi kimać nawet do zabójczej 8. To odkrycie całkowicie zmieniło moje podejście do spania, gdyż wyspanie się to dla mnie świętość. Nieważne czy to wyspanie następuje z kotem pod pachą, mężem u boku czy z zośkową stopą na czole.

Bieganie za dzieckiem żeby zjadło drugie śniadanie – tylko desperaci tak robią. Myślałam tak przez jakiś rok. Potem Zosia dostała wirusowego zapalenia jamy ustnej. Nie chciała jeść ani pić, a ja biegałam za nią z jogurtami wszelakimi, bo tylko one były względnie akceptowalne. Do tej pory kiedy trafi nam się dzień niejadka zdarza mi się za nią biegać z łyżką. W sumie wiem, że się nie zagłodzi, ale dla świętego spokoju (mojego) wolę, żeby zjadła chociaż łyżkę obiadu.

Kolejna mrzonka jedzeniowa pt.: jadamy tylko przy stole. Logiczne? Bynajmniej nie dla zbuntowanej dwulatki, odmawiającej jedzenia w foteliku/przy stole. Mimo starań (naszych) Zo niektóre kanapki woli spożywać na kanapie, a wieczorną kaszkę np. w łóżku, w trakcie przeglądania ulicy Czereśniowej.

Bajki? Absolutnie, nigdy nie będę tego chłamu serwować swojemu dziecku. To w końcu nic innego jak pójście na łatwiznę.
Tia.... Tylko kiedy chcecie zapakować zmywarkę, zrobić (albo w moim przypadku podgrzać) obiad, albo zwyczajnie mieć te pół godziny luzu np. na ogarnięcie chałupy to własnie bajki mogą uratować Wasze zadki. Te same bajki mogą urozmaicić chorobową monotonię, w czasie której przychodzi moment odbicia się od ściany nudy i szarości (zwłaszcza zimą).


Histerie? Reagują tylko miękkie buły – ignorowanie to JEDYNY dobry sposób.
Na część histerii to faktycznie działa, ale tylko na część i to zdecydowanie mniejszą. Na większą pomaga przytulenie, czasem (jak się uda) odwrócenie uwagi albo inne cudo na które wpadam spontanicznie. Zdecydowanie najmniej pomaga krzyczenie i wściekanie się, ale dzisiaj mówimy o mrzonkach. Na szczęście(?) znałam wcześniej mój charakter i wiedziałam, że będę miała problem z zachowaniem spokoju, dlatego też nigdy nie powtarzałam sobie "ja na pewno nie będę się tak złościć" - to już by było zbyt naciągane;)
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka