A jakim trzylatkiem byłeś Ty mądralo?

mądrości dziecko parenting porady wychowanie
Ostatnio z powodu braku samochodu i jednoczesnego mieszkania na (delikatnie mówiąc) zadupiu zmuszona jestem regularnie korzystać z usług tzw.: zbiorkomu. O ile w pojedynkę nie mam z tym większego problemu, ponieważ (zwłaszcza po odinstalowaniu fejsbuka na telefonie) zyskuję czas na czytanie książek/gazet o tyle podróż z rezolutną i charakterną 3 latką przypomina bardziej jazdę kolejką górską – nie  ma czasu na czytanie, za to są śmichy-chichy, wrzaski, płacze i radość, że mamy to już z głowy.

Jest jednak coś co podnosi mi ciśnienie bardziej niż zmęczona ZuO w komunikacji miejskiej. Są to wszyscy ludzie, którzy zapomnieli najwyraźniej jak zachowuje się dziecko w wieku 3 lat. Kilka najczęściej spotykanych zapominalskich to:

Kiwające głową z dezaprobatą bądź cmokające paszczą starsze panie
Nie są to bynajmniej sympatyczne staruszki, które samym uśmiechem potrafią rozładować sytuację. O nieee…. To ich totalne przeciwieństwo. Babsztyle, które ze zgorzkniałą miną jeszcze bardziej nakręcają zmęczone dziecko i będącą u granic swoich sił mamę tegoż dziecka.
Jeszcze żeby dzieć jakoś naprawdę rozrabiał.
Bardzo często cmokanie i machanie łbem jest reakcją na zupełnie normalne i nie przeszkadzające nikomu zachowania. Przykład: ruch kiwająco cmokający jednej starszej osobniczki tego dziwnego gatunku został wywołany przez Zo jedzącą muffinkę czekoladową. Wiadomo, w końcu każdy trzylatek je babeczki łyżeczką dbając przy tym o walory estetyczne spożywania jak również o czystość swego lica.

❌Idealne matki, idealnych dzieci. 
Ten rodzaj zapominalskich czy raczej niedowidzących (zachowań własnych dzieci) można spotkać wszędzie. Na spacerze, placu zabaw i w komunikacji miejskiej, chociaż jego naturalnym środowiskiem wydaje się być internet. Idealne matki nigdy nie krzyczą, bo nie mają powodów, nie puszczają dzieciom bajek, bo będą bezmózgami (dzieci, nie matki), w domach zawsze mają nieskazitelny porządek i twierdzą, że nie ma czegoś takiego jak high need baby.
Niestety, zwłaszcza z poprawą pogody, idealne matki opuszczają swoje leża i zaczynają dzielić się swoimi arcymądrościami z innymi rodzicami posiadającymi dzieci… ekhem normalne, czyli niewyidealizowane, bez instagramowych filtrów i innych polepszaczy. Ich znakiem rozpoznawczym jest komentowanie zachowań Twojego potomka w tonie: „A moje dziecko to nigdy/zawsze”, „ja nigdy mojemu dziecku nie pozwoliłabym na….” i na koniec „jak możesz pozwalać, żeby Twoje dziecko..." Skoro pozwalam to mogę, nie Twój zasrany interes. Jak mówi nowe ludowe porzekadło: co Twoje to Twoje, co a moje to moje, więc swoje kretyńskie uwagi zachowaj dla siebie.

❌Ludzie bezdzietni, wiedzący, że ich-dzieci-by-nigdy. 
Idealne matki i ojcowie swoich idealnych (bo nienarodzonych) dzieci. Takim ludziom wymądrzanie się przychodzi najłatwiej. W końcu co to za sztuka ocenić matkę, której dzieć leży na chodniku i drze się wniebogłosy? Wiadomo – nie radzi sobie, wychowanie bezstresowe i takie efekty... jak ja bym miała dziecko, to w życiu bym mu nie dała się tak terroryzować.
Też tak mówiłam.
I wiecie co? Karma bywa przewrotna, więc uważajcie co sobie myślicie, bo może to do Was wrócić ze zdwojoną siłą.

❌Cuda natury, które urodziły się dorosłe.
Wszyscy dorośli ludzie, dziwiący się, że 3 latek biega i niekoniecznie ma ochotę siedzieć w miejscu. Albo młodzież przedrzeźniająca płaczące dziecko. Ci wszyscy mądrzy pytający się czy to dziecko musi się tak wiercić.
Zapewne Wy w tym wieku byliście w stanie wysiedzieć 12h ciągiem, albo przynajmniej 2h z klęczeniem na grochu, ale wierzcie mi nie znaczy to, że takie zachowanie jest normą dla ciekawego świata 3 latka.

Dlatego też, ludziska trochę więcej wyrozumiałości. Ten 3 latek zdąży się jeszcze nasiedzieć w jednym miejscu. Przed nim szkoła, studia, potem pewnie praca - czy naprawdę chcecie go wcisnąć w ten siedzący kierat już teraz zaraz, tylko dlatego, ze temperament dziecka różni się od tego Waszego, poprawnego, nudnego, siedzącego na dupie temperamentu zmęczonego dorosłego? 

Myślę, że dopóki dziecko szanuje cudze granice możemy przymknąć oko na jego ruchliwość, powstrzymać się od chamskich uwag i gestów, a co za tym idzie nieco ułatwić życie mamie wiercipięty.
Myślę, że dopóki dziecko nieidealne, nie zagraża temu waszemu idealnemu, wyprzedzającemu program o pierdyliard klas to możecie się przymknąć i pozwolić jemu i jego rodzicom na ich własne standardy zabaw.

To jak? Jesteście w stanie przymknąć oko i przestać ujadać?
---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Się ogląda

W bonusie do weekendów, które przy dzieciach bywają trudne oraz do sezonu chorobowego, który nie chce odpuścić i w nosie ma dni tygodnia, w ramach walki o przetrwanie (swoje i rodziny w komplecie) sięgamy po bajki.
Możecie zacząć się oburzać, nie mam nic przeciwko. Otwarcie przyznaję, że należę do tej grupy rodziców, którzy w poszukiwaniu straconego zdrowia psychicznego łapią się animowanych historyjek.

W tygodniu, kiedy Zo uczęszcza do przedszkola, w ramach wieczorynki stawiamy na krótkie formy takie jak świnka Peppa czy Luluś. Jednakże, w weekendy oraz w okresie chorobowym ZuO ma dyspensę na 2 dłuższe bajki w ciągu dnia. I tutaj pojawia się problem. Początkowo wałkowaliśmy jedną i tę samą produkcję, co (jak można przypuszczać) bardzo szybko doprowadziło nas do rzygania Florą, Hortensją i Niezabudką. Rozpoczęliśmy więc eksperymenty. Do tego na dziecku. 
Jak się okazało, część filmów z naszej młodości nie przetrwało próby czasu, za to część ma się całkiem nieźle. Niestety im częściej je wałkujemy tym bardziej zdajemy sobie sprawę z różnego rodzaju absurdów, bijących po oczach, zwłaszcza po setnym obejrzeniu danego filmu.

Nr 6 Księga Dżungli (rok 1967)
Nie oglądałam jej jakieś 20 lat. Zapomniałam jaka jest fajna, chociaż nie przepadam za Disneyem ze zwierzakami w roli głównej. Niedźwiedź Balu, pantera Bagera, nawet Mouglie, to całkiem spoko ekipa. Piosenki niezbyt rzewne i w rozsądnej ilości. Fakt, bajka ta trochę się zestarzała pod kątem wizualnym, ale daje radę i po wielokrotnym obejrzeniu nie powala debilizmem jak np. Śpiąca Królewna, chociaż kto wie, może jakbyśmy ją wałkowali częściej to moglibyśmy się do czegoś przyczepić...

Nr 5 Mała Syrenka (rok 1989)
Podobnie jak z Księgą Dżungli przez wiele lat nie wracałam do tego filmu. Nie zestarzała się tak bardzo jak Księga, ale to w sumie nic dziwnego, bo Księga Dżungli została nakręcona ponad 20 lat wcześniej. Arielka jednak (pewnie za sprawą rudej czupryny) trafia do mnie bardziej niż Mouglie chociaż oboje buntują się przeciwko tym starszym i bardziej doświadczonym.
Niemniej jednak, będąc w butach rodzica, stwierdzam, że Król Tryton co wiedział to wiedział i na pewno w jakimś stopniu przewidział, że jego niezbyt rozgarnięta aczkolwiek kochliwa córka może wyciąć jakiś numer. Ale żeby aż taki?
Powiecie, że się czepiam, ale no sorry jak nazwać inaczej fakt, że laska podpisująca kontrakt z Urszulą, nie wpada na to, żeby napisać Księciuniowi, że heloł, „ja to ta co Cię uratowała, ale musiałam oddać głos żeby się z Tobą zobaczyć, jeśli mnie pocałujesz zaśpiewam Ci znowu”.
Niestety, na korzyść jeśli idzie o sensowność całej historii, nie przemawia również ślub 16 letniej bohaterki, ale powiedzmy, że tutaj przemawiają przeze mnie nasze, nowoczesne, postępowe zwyczaje i czasy:)
Niemniej jednak Ariel jest urocza, piosenki są zacne, Sebastian wymiata, Maks jest pocieszny no i Eryk, to mój ulubiony księciunio. Aha no i wihajster... Zo przez jakiś czas mówiła tak na widelec i tak, próbowała się nim uczesać (chociaż przed szczotką ucieka).
Nr 4 Śpiąca Królewna (rok 1959)
Do niedawna był to mój numer jeden z disney'owskiej klasyki... Niestety, jak się okazało, bajka ta wałkowana prawie codziennie straciła sporo uroku. Za co ją kocham? Za szczegółowość grafiki. To po pierwsze. Po drugie za muzykę. Scena w której Aurora podąża w wieży za magicznym ognikiem zawsze wywołuje u mnie ciarki.
I to by było na tyle, ponieważ im dłużej/częściej człowiek ogląda to cudo, tym bardziej zdaje sobie sprawę z głupoty wszystkich bohaterów. Wszystkich bez wyjątku. Aurora niby nie rozmawia z nieznajomymi ale pierwszemu lepszemu daje sobie zakręcić w głowie tak, że tego samego dnia zaprasza go do siebie do domu. No cóż, powiedzmy, że jest usprawiedliwiona, w końcu ma 16 lat i siano w głowie. Może dlatego ma również najmniej linii dialogowych ze wszystkich księżniczek Disneya. Nie wspominam o tym, że poziom decyzyjności naszej blond piękności jest mniejszy od decyzyjności taboretu.
Kolejny kretynizm to fakt, że klątwa mówiła wyraźnie o dniu 16 urodzin - nie było mowy, że królewna ukłuje się w palec przed 16 urodzinami, albo nie później niż w ten dzień. Nie. Czarownica grzmiała, że W DNIU 16-tych urodzin. Nie wcześniej, nie później.
Czy zatem, skoro już durne wróżki zabrały córkę rodzicom to nie mogły z nią wrócić do zamku, no nie wiem, dzień po urodzinach? Albo, to już w ogóle szalony pomysł, nie napierdzielać się różdżkami w ramach urodzinowego beforka? Po cholerę w ogóle królewnę zabierano od jej rodziców? W końcu wystarczyło ją przypilnować tylko w dniu rzeczonych 16 urodzin… ale co ja tam wiem.
Tak czy inaczej grafika i sentyment robią swoje, a Zo uwielbia piosenkę "Znam ze snów...", bawi się w bycie wróżką i zamienianie ciuchów to w różową, to w niebieską wersję kolorystyczną. Trochę żałuję, że w filmie nie było więcej kolorów sukienki Królewny, może Zo umiałaby już odróżniać inne kolory niż te dwa konkretne.
Nr 3 Zaplątani (rok 2010) Zdecydowanie najmłodsza produkcja w zestawieniu. Roszpunka, z głosem Julii Kamińskiej, Gertruda czy jak kto woli Danuta Stenka, Flynn i koniopies Maksimus to moja ulubiona ekipa wśród księżniczkowej, rozmemłanej swołoczy. Świetne poczucie humoru, ikra, odrobina absurdu, piękna grafika i piosenki, które nie zabijają fabuły, to moim zdaniem całkiem pewny przepis na sukces w świecie animacji. Tekst piosenki Marzenie Mam uwielbiam miłością szczerą, zwłaszcza fragment z jednorożcami zawsze wprawia mnie w dobry humor.
Zo ma chyba podobne spostrzeżenia. "Marzenie Mam" słuchamy prawie codziennie, towarzyszą temu pokazy wokalne i taneczne.
Bajkę oglądamy dosyć często, ale jeszcze nie nabawiłam się roszpunkowego wstrętu, więc siłą rzeczy nie czepiam się o nic❤.
Nr 2 Nowe Szaty Króla (2000)
Historię Króla Kuzko znam od ponad 10 lat. Teksty z tej produkcji weszły nawet do naszego potocznego, domowego języka (z uwzględnieniem odzywek Zo takich jak: Nie tykać, Bum Skarbie, czy Eeeee Pacza?). 
Bajka opowiada o tym jak pewien upierdliwy, mający wszystkich w nosie Król, za sprawą nieprzemyślanych ruchów kadrowych zostaje zamieniony w lamę, a potem usiłuje wrócić do swojej ludzkiej postaci przy pomocy podstępu, uroku osobistego i miejscowego wieśniaka.
Film ten kocham nad życie za kilka rzeczy: po pierwsze za absurdalne poczucie humoru (wytykające również absurdy tego typu filmów), po drugie za przegenialne, szybkie i rezolutne dialogi; po trzecie za świetnie napisane postacie (Izma – mój ulubiony czarny charakter) oraz, po czwarte, w polskiej wersji językowej, za młodego Shtura w roli Króla Kuzko. Dla mnie na plus przemawia również brak piosenek.
W bajce tej na próżno szukać cukierkowego różu, wróżek i niemrawych księciuniów, wesel i innych takich. Jest za to fiolet, czarownica, nieznośny król, a także cwana wiewiórka, gangrena lukrowana i lody czosnkowe. Dla mnie bajka nr jeden, jednak ZuO ostatnio świruje na punkcie...

Nr 1 Kubuś Puchatek
"Kubuś Puchatek", "Kubuś Puchatek i Przyjaciele", a także "Niesamowita Przygoda Kubusia Puchatka" to ukochane filmy Zo i nasze w sumie też. Zwłaszcza fragmenty dotyczące burczenia w brzuszku. Polski dubbing pierwszej części (z 1977 roku) nie postarzał się ani grama, ale za to postawił dubbingową poprzeczkę bardzo wysoko, nawet za wysoko, bo kolejne części pod tym kątem nie dorastają mu do pięt. Ale to nie jedyny problem. "Prosiaczek i Przyjaciele", a także "Kubuś i Hefalumpy" nie stawiają w najlepszym świetle całej ekipy ze stumilowego lasu. Zamiast ciepłych i mądrych na swój sposób bohaterów, mamy stado rozhisteryzowanych zwierzaków, które gnębią tych których nie znają i zupełnie nie szanują i nie doceniają mniejszych członków społeczności. Oczywiście wcześniej czy później, raczej później, orientują się jakimi są wrednymi skurczybykami, ale niesmak i to taki potężny pozostaje. W Hefalumpach sytuacje ratuje tylko Maleństwo i jego mama oraz fajne piosenki, dla filmu o Prosiaczku ratunku nie znalazłam. Jest beznadziejny.
Nie mniej jednak, w ogólnym rozrachunku, sympatyczny (zazwyczaj) miś, piękny język i banda (zazwyczaj) cieplutkich jak plusz przyjaciół dostaje zośkowy złoty medal.

W planach na pokazy filmowe, niekoniecznie disneyowskie, mamy jeszcze: "Meridę Waleczną", "Jak wytresować smoka", "Wall-e"... Polecicie coś jeszcze?

PS Nie zapomniałam o klasykach takich jak "Król Lew" czy "101 Dalmatyńczyków", znajdą się one w zestawieniu filmów, które są nieoglądalne bez względu na ilość rodzicielskiego sentymentu...

---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Raz, dwa, trzy... na dworzu jesteś Ty!

zabawa dziecko dwór na zewnątrz pomysł
Przed nami pierwszy prawdziwie wiosenny weekend. 
Wiatr we włosach, słońce na skórze, powietrze pachnące wiosną i lepszymi czasami. 
Pomyślcie o tym jak cudownie jest wyrwać się z domu po kilku miesiącach szarości, zimna i powietrza przeszywającego płuca. Bez miliona warstw odzieży. Skorzystajmy więc z tej możliwości, ewakuujmy się z 4 ścian na cały dzień, wróćmy wieczorem, umęczeni i pachnący słońcem. Szczęśliwi i radośni pomimo dziecięcych histerii z powodu nie takiego koloru zjeżdżalni...

Żeby nieco urozmaicić sobie spacery dobrze jest zaopatrzyć się w dodatkowe gadżety. Nie moi drodzy, nie przeczytacie teraz tyrady o tym dlaczego musicie coś mieć, a najlepiej żeby to coś kosztowało milion moment, bo przecież żaden szanujący się rodzic bez tego czy tamtego obejść się nie może. 
Zamiast tego zapraszam Was na krótkie zestawienie niskobudżetowych zabaw z mojego dzieciństwa do których chciałabym zachęcić naszą Zochnę, a może i Was:)

1. Gra w klasy, w chłopka/ludzika
Na chodniku rysujemy kształt ludzika/chłopka. W każdym polu wpisujemy jedną cyfrę, w sumie jest ich 8 tyle co klas w dawnej szkole podstawowej.
Młodsze dzieci mogą po prostu sobie skakać wykonując sekwencję ruchów - klasy 1, 2, 3, 4 na jednej nodze, 5, 6 skok obunóż, 7 znowu na jednej, 8 obunóż i obrót o 180 stopni i z powrotem.
Starsze rzucają kamykiem tak aby trafić w kolejne klasy, w trakcie powyższej sekwencji podnoszą kamyk i skaczą dalej.
Klasyczne klasy zamiast chłopka mają kształt kwadratu lub prostokąta podzielonego na 8 mniejszych kwadratów, w które wpisujemy cyfry 1-8 w przypadkowej kolejności. Dalej zasady takie same jak w chłopku. Rzucamy kamykiem i odhaczamy kolejne klasy. Trudność polega na tym, że trzeba skakać przez klasy po kolei co przy losowym ich układzie może być trudne. Przed skokiem nie można zmieniać pozycji, więc może się okazać, że konieczny jest skok na jednej nodze w bok albo do tyłu.

2. Gra w gumę
Dwie osoby stoją w gumie, trzecia skacze. Z braku laku za jedną osobę może posłużyć słupek dookoła którego można zamontować gumę, wtedy potrzebne są tylko dwie osoby.
Każdy gracz próbuje wykonać sekwencję ruchów, jeśli mu się nie uda - skucha. Wtedy wchodzi do gumy, a swoją rundę rozpoczyna kolejna osoba. Sekwencji tłumaczyć nie będę za to zostawię instrukcję:
3. Tramwajarz zwany też ślepcem
Jedna osoba zamyka oczy albo obwiązuje je czymś. Reszta uczestników zabawy siedzi na trzepaku/drabinkach. Osoba z zasłoniętymi oczami wyposażona w kijek porusza nim poziomo na różnych wysokościach trzepaka, od jednego końca do drugiego, coraz wyżej i wyżej. Osoby na trzepaku unikają bycia tykniętym patykiem wykonując różne ewolucje. Każdy tyknięty schodzi z trzepaka, gra toczy się dalej. Wygrywa osoba, która najdłużej pozostanie niedotknięta patykiem.
w co się bawić
Źródło
4. Skakanka
Na jednej nodze, na dwóch, na przemian, na krzyż, do przodu, do tyłu, można też połączyć skakanki albo zaopatrzyć się w jedną długaśną, żeby więcej osób mogło skakać w tym samym momencie. Można do tego dołączyć wyliczankę:

Aniołek Fijołek Różna Bez
Konwalia Balia Wściekły Pies
Korona, korona, zloty krzyż
Powiedz panno, gdzie ty spisz
śpię na górze na figurze
tam gdzie rosną złote róże

albo

Pani Zo Zo Zo
Pani sia sia sia
Pani Zo, Pani sia
Pani Zosia męża ma
A ten mąż, mąż, mąż
skacze wciąż, wciąż, wciąż
jak Ty!

Powyższa wersja znaleziona w internecie, za moich czasów na topie była opcja mniej poprawna społecznie:

Pani Zo, Zo, Zo.
Pani Sia, Sia, Sia.
Pani Zo, pani Sia,
pani Zosia męża ma.
A ten mąż, mąż, mąż,
pije wciąż, wciąż, wciąż.
Trochę wina, trochę wódki
i od tego jest malutki.
Przepił do, do, dom,
przepił wó wó wóz,
przepił dom, przepił wóz,
żonę na patelni wiózł.
aktywność dzieci prl
5. Berek
Każdy zna wersję podstawową (wszyscy uciekają, jeden goni, osoba dotknięta przez berka sama nim zostaje, a jej poprzednik staje się uciekającym uczestnikiem zabawy), ale są jeszcze inne berki. Kucany czyli taki w którym jak się ukucnie w trakcie ucieczki to jest się chronionym i nie można zostać berkiem. Wersja najtrudniejsza to ustalenie, że berek musi dotknąć uciekającego w określony kolor albo w określony materiał np. drewno czy metal.
Jest też berek zwany krową. Osoba wybrana na berka (np. przez wyliczankę) staje pośrodku grupy wyciąga na boki ręce z rozłożonymi palcami. Każdy uczestnik łapie jeden palec (wymię), po czym gracze zadają berkowi-krowie pytanie: "jakie krowa daje mleko?", a osoba obsadzona w tej roli odpowiada różnymi kolorami. Gonitwa rozpoczyna się na hasło "białe", a sztuka polega na tym aby stopniować napięcie i zanim powie się białe pokombinować z kolorami. Osoba dotknięta przez berka-krowę musi stanąć bez ruchu w rozkroku, odmrożona zostaje kiedy ktoś przejdzie pod jej nogami. Berek wygrywa wtedy kiedy uda mu się zamrozić wszystkie osoby biorące udział w zabawie. 
Żródło
6. Obrazki ze szkiełkiem nazywane też widoczkami
Zbieramy kwiatki, trawki, listki, piasek, układamy z tego wzorek na ziemi, a na niego kładziemy kolorowe szkiełko. Szkiełko może być np. ze starej ramki na zdjęcia. To co wychodzi nazywamy widoczkiem albo sekrecikiem. Totalnie dziewczyńskie. To jedna z dziwniejszych zabaw z mojego dzieciństwa, ale mega miła we wspominaniu, bowiem takie obrazki układałam z babcią Wacią.

Znaleźliście coś dla siebie i swoich pociech?
A może macie własne zabawy z dzieciństwa o których zapomniałam, a które przekazujecie następnym pokoleniom?
---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Jej Wysokość Kobieta Wyjątkowa

Kochani, jak zapowiadałam wczoraj na swoim fanpejdżu, z okazji Dnia Kobiet wzięłam udział w akcji, w której 12 blogerek tworzy dla siebie wpisy gościnne związane właśnie z tematyką szeroko rozumianej kobiecości.
Więcej szczegółów dostępnych jest na stronie twarzoksiążkowego wydarzenia.

A teraz, bez zbędnych ceregieli, mam przyjemność zaprosić Was na wpis Oli na co dzień prowadzącej bloga Kobieca Myślodsiewnia na którym pisze o swoim życiu rodzinnym, podróżach (Chiny!), a także o wielu innych rzeczach - no właśnie - odsiewanych z codzienności:)
---🌷🌷🌷---
Jestem kobietą.

Tak, tak – jestem też żoną, matką, córką, znajomą, przyjaciółką, a dla niektórych pewnie i wrogiem ;) Ale przede wszystkim – jestem kobietą.

I tak, jak najbardziej:
– bardzo lubię być żoną mojego męża, to naprawdę świetny facet!
- z całego serca spełniam się jako mama, bez dwóch zdań!
- jako córka potrafię dać w kość, ale nie sądzę, by moi rodzice mieli się czego wstydzić ;)
- cieszę się, że mogę być znajomą tylu niesamowitych osób :)
- a jeszcze bardziej się cieszę z tych kilku przyjaźni, które przetrwają najgorsze burze!

I tylko bycie wrogiem przysparza mi kilka dodatkowych komplikacji, heh ;)

Wszystko super, naprawdę…!
Naprawdę…?

Pomiędzy byciem matką, żoną a przyjaciółką czasem zatracam się jako Kobieta przez wielkie „K”. Wszystko jest takie oczywiste, takie codzienne – pranie, sprzątanie, gotowanie, kolejne święta, urodziny, spotkania, płacenie rachunków, wizyty u lekarzy, zmiana opon (a nie, przepraszam – to akurat mój mąż), obowiązki, normalność, dzień powszedni. I z Kobiety przez wielkie „K” staję się taką codzienną, zwyczajną, jedną z wielu – pisaną przez „k”.

Znacie to? Też tak macie? Też czasem chcecie uciec do równoległego świata bez tego całego bajzlu na głowie? Też potrzebujecie być Kobietą? Kobietą Wyjątkową?

Pamiętacie ten (skądinąd straszny) okres dojrzewania i pierwszych miłości? Nie, nie ten gdzie tłukłyście lustra z powodu pryszcza na nosie, albo płakałyście w poduszkę bo On zaprosił na balety Kaśkę a nie Was ;) Myślę o czasie, kiedy to właśnie faceci odkryli w Was kobietę, dostali małpiego rozumu i chcieli po prostu Was zdobyć, mieć, czuć i rozpieszczać. Bo w tamtym momencie byłyście dla nich Wyjątkowe.

Ja mam takie oto wspomnienie:
3 klasa liceum, On był w czwartej. Miał mega czarne włosy – i takiegoż też młodzieńczego… wąsa. Matko jedyna, potworny ten wąs był! Im bardziej mnie drażnił – tym bardziej jego właściciel za mną ganiał. Dosłownie „ganiał” - po szkolnych piętrach, z kwiatami. Ciężkie to były tygodnie, oj ciężkie… ale nie w tym rzecz.

Bo mimo że licealny kolega zupełnie, ale to zupełnie nie przypadł mi do gustu – byłam dla niego Wyjątkowa. Warta poświęceń (chyba całe tygodniówki przepuszczał na te kwiaciory!), upokorzeń (ech to koleżeńskie docinki) i prób (strasznie zawzięta byłam, aż wstyd ;)).

I teraz, kiedy moja codzienność jest poukładana do granic wytrzymałości, zaczynam tęsknić za byciem Kobietą Wyjątkową. Za zdobywaniem mnie, za walką o mnie, za rozpieszczaniem nie tylko w zamian za pyszny obiad ;) Wiem, że wiecie o co mi chodzi, że rozumiecie, ba! - może same czasem tęsknicie…?

Chcę, by mąż mi przynosił kwiaty z byle okazji (szczególnie z bułkami na śniadanie ;)). Chcę, by mnie zaskakiwał (nie tylko wspomnianą wymianą opon ;)). Chcę, by mnie podrywał (publicznie! - nie tylko w zaciszu sypialni ;)). Chcę, by mnie zdobywał (poważnie – umycie okien to nie gra wstępna ;)). Chcę, by mnie zapewniał - ciągle na nowo - o swoich uczuciach (sło-wa-mi!). Chcę, by na mnie patrzył maślanymi oczami (ale nie dopiero po trzecim piwku ;)). Chcę, by się dla mnie poświęcał (i pozbył co niektórych upodobań, które tak strasznie działają na moje biedne nerwy ;)) Chcę być dla niego Kobietą przez wielkie „K”! - tą jedyną, niesamowitą, ukochaną…!

Bo każda z nas chce być Wyjątkowa, nie tylko od święta! Prawda? :)
---🌷🌷🌷---

Mam nadzieję, że tekst Oli Wam się spodobał.
Jeśli jesteście ciekawi mojego wpisu gościnnego to zapraszam do Sylwii prowadzącej bloga matczysko.pl

Inne wpisy w ramach akcji:


Szczególne podziękowania dla autorki oprawy graficznej całego wydarzenia:
Więcej... >

3!

Nie jestem dobra w rozczulających tekstach. Jestem w nich totalnie beznadziejna. Niemniej jednak urodziny zobowiązują. Urodziny własnego dziecka do rozczulania zobowiązują po stokroć;)
3 urodziny dziecka latka pomysł na życzenia 100 lat dziecko
Są dni kiedy mam ochotę wyskoczyć przez okno w ostateczności popełnić rytualne harakiri.
40 minut histerii? To dla nas prawie codzienność. Histerii opętańczych, takich, że M. przy okazji ostatniej stwierdził, że w sumie możemy poczekać, aż Zo zacznie kręcić głową dookoła własnej osi i gadać po niemiecku, wspak.
Czasami wściekanie Zo jest tak intensywne, że właściwie tylko czekam na policję albo dzielnicowego, którego wezwą zatroskani sąsiedzi. Ja słysząc podobne dantejskie sceny na pewno bym to zrobiła… w sumie to zaczynam się zastanawiać czy może nie przesadzam albo w naszym bloku szerzy się znieczulica… albo może sąsiedzi mają dzieci i wiedzą o czym piszę. Tak czy inaczej bywa ciężko. Bywa cholernie ciężko.

Ale bywa też zabawnie. Niepoprawnie, ale zabawnie. Kiedy Zo śpiewa prezentując zdolności wokalne własnej matki. Albo kiedy tańczy do ukochanych piosenek ewentualnie zagania nas do wspólnego, rytualnego odtańcowania kółka graniastego. Kiedy rano stadnie chowamy się przed pszczołami z Kubusia Puchatka. Kiedy M. wieczorem czyta Zo jej ukochane książki, a ja gdzieś z zza winkla przyglądam się całej sytuacji... O gilaniu się nawet nie wspominam.

Czasem nie mogę wyjść z podziwu jak to moje dziecko się rozwinęło na przestrzeni ostatnich 3 lat. Jaka jest samodzielna (kiedy tego chce), jaka potrafi być rezolutna i jak czasem okazuje się, że chłonie wszystko jak gąbka, chociaż przez większość czasu mam poczucie, że zupełnie nas nie słucha… aż tu nagle wstaje rano i stwierdza: „obudziłam się, kurde no”.

Jako że nie liczy się ilość, ale jakość, jak perełki codzienności zbieram momenty w których Zo, mimo swojego trudnego charakteru, pokazuje, że „ej, ja też Was kocham, chociaż wkurzam Was jak nikt inny na świecie”. Kiedy wracam z pracy a ona rzuca mi się na szyję (ewentualnie na siatkę z serkami:P), kiedy prosi o kołysankę, daje buziaka, albo przybiega się przytulić bez powodu...

Zastanawiam się czy podołam.
Czy podołam w trakcie kolejnej histerii, która pochłania cały mój bardzo kruchy spokój.
Czy podołam tłumaczeniu, po raz kolejny, tych samych rzeczy, bo wyjaśnień i uzasadnień niestety Zo nie chłonie jak gąbka (w przeciwieństwie do słów takich jaj „kurde” czy „fuck”). 
Czy podołam i zachowam jakiś zdrowy balans między pracą w którą uciekam a życiem rodzinnym za którym tęsknię będąc w pracy.
Czy uda mi się, w końcu, swoją własną postawą dać przykład i zainspirować Zo do bycia i działania.

Od trzech lat przeraża mnie odpowiedzialność, którą wzięłam na siebie, a z której zdałam sobie sprawę dopiero po pojawieniu się Zo na świecie. Wiem, że to ja i M. odpowiadamy za to żeby pokazać jej jak sobie radzić z własnymi słabościami chociaż sami tego do końca nie rozgryźliśmy.
Dlatego też, najukochańsza Zo, poza zdrowiem i spełnieniem marzeń, poza radością i szczęśliwością, życzę Ci mądrych rodziców, którzy sprostają Twoim potrzebom i będą umieli wesprzeć Cię mądrze swoim doświadczeniem i empatią.
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka