Coś za coś

Czytając kolejne teksty o tym jak się organizować, jakich plannerów używać żeby zwiększyć swoją efektywność, jak ogarnąć swoje życie doszłam do momentu w którym mówię – dosyć kurwa.

Brzydka prawda jest taka że się nie da. Po prostu. Pracując na etacie nie da się połączyć macierzyństwa, pasji, pracy z dobrym humorem, byciem wypoczętym, porządkiem w domu i ugotowanym obiadem.
Po 2 latach od powrotu z urlopu macierzyńskiego mówię to głośno i wyraźnie – NIE. Jeśli ktoś mówi, że jest inaczej to albo jest cyborgiem albo kłamie.

Oczywiście przez tydzień, dwa można być ideałem. Idealną, słuchającą i wyrozumiałą matką, czułą żoną, punktualnym i rzetelnym pracownikiem z czasem na swoje pasje, zabawę, przyjaciół i co tam jeszcze chcecie. Można być tą najlepszą wersją siebie, na którą inni ludzie patrzą i mówią - "też tak chcę", "to jest człowiek, który ogarnia".
Potem przychodzi TEN moment. Moment w którym choruje dziecko albo inny członek rodziny, moment kiedy praca staje się bardziej absorbująca, albo po prostu moment kiedy ma się w dupie. I moment ten nie trwa jednego dnia, czasem trwa tygodniami, bo człowiek po prostu jedzie na oparach. Oparach pierdolenia o tym jak cudownie może być efektywnym jeśli tylko zastosuje się do prostych rad takich jak: wstawaj przed wszystkimi, kładź dziecko wcześniej spać, nie zaglądaj do kompa przed snem i inne mądrości.

Co odpowiadam kiedy ktoś pyta – jak ty to ogarniasz? Praca, dziecko, znajomi, bieganie, zakupy, czasem język angielski - odpowiadam „jakoś”, ale prawda jest taka, że to "jakoś" okupione jest całą masą wyrzeczeń i jeszcze większą ilością frustracji, a także okolicznościowego wkurwa.
Dlaczego?

Ponieważ, szczerze mówiąc, nigdzie nie jestem na 100%.

Owszem kiedy dopadnie mnie TA chwila, ta idealna, wymarzona sekunda, umiem się na niej skoncentrować. Jednak umówmy się, że takie chwile to rzadkość, wbrew temu całemu pieprzeniu o byciu idealnym, zorganizowanym i cholera wie jakim jeszcze. Będąc w pracy w wolnej chwili notuję co muszę ogarnąć po pracy, po pracy pędzę na złamanie karku do dziecka, dla którego mam 3,5 – 4h dziennie. Słownie CZTERY godziny dziennie. DZIENNIE.
Godzina rano, która polega na jakże nie romantycznym i nie cukierkowym negocjowaniu każdej pierdoły z moją asertywną córką. Trzy godziny po południu kiedy to między wesołością a fochami prowadzimy nierówną walkę ze swoim zmęczeniem.

Kiedy koncentruję się na dziecku odłogiem leżą takie rzeczy jak np. nauka języka angielskiego czy sprawy do załatwienia, które mogą poczekać. Wybieram czas z dzieckiem, poniekąd kosztem innych aktywności jak chociażby nauka. Po intensywnym dniu z córą, która nie należy do gatunku współpracujących jestem tak padnięta, że w nosie mam naukę.
Kiedy wybieram naukę, np. w postaci zajęć z angielskiego czy weekendowych wykładów/warsztatów to nie dość, że z tyłu głowy zalęga się moralniak, to, co gorsza, moje dziecko mając do wyboru mamę, której często nie ma obok wybiera tatę, który jest częściej. Przykre, bolesne, ale z drugiej strony fajne, że mam chłopa, który jest ogarnięty.

Po tym jak córa pada spać, moje notatki z pracy mogą służyć za samolociki, bo jestem tak padnięta, że mam w głębokim poważaniu te wszystkie maile i dorosłe rzeczy, które muszę ogarnąć. Wolę usiąść i np. obejrzeć serial albo napisać tekst na bloga. W międzyczasie dom zarasta kurzem, co owocuje weekendową paniką – cholera jasna, powinnam to posprzątać! Ale nie, bo w weekendy wolę tzw. wolny czas przeznaczyć na bycie z małżem i dzieckiem, chociaż oboje czasem doprowadzają mnie do szewskiej pasji. 
Tak, tak, nie ma idealnych weekendów, a po każdym takim spędzonym od początku do końca we własnym sosie, nawet urozmaiconym, mam ochotę wziąć jeszcze jeden dzień wolnego. W poniedziałek jestem w pracy tak zmęczona, że bredzę w czasie rozmów, mylę Litwę z Ukrainą, robię błędy ortograficzne w mailach, a jak ktoś mi przedstawia nowego pracownika to jego imię muszę sobie zapisywać na kartce, bo mój dziurawy i zaspany mózg nie przyjmuje tak nieistotnych informacji jak to jak się do kogoś zwracać.

W środy, piątki i niedziele biegam. Biegam, bo lubię, bo to zdrowe, bo pomaga zarzucić kilogramy i dowodzi tego, że mój charakter to nie rozmięknięta buła. Fajnie. Szkoda tylko, że poza motywacją do polepszania swoich osiągów moje wyniki w tygodniu motywuje fakt, że muszę na czas dobiec do pracy.
A skoro o dobieganiu na czas mowa to jedyne na co udaje mi się zdążyć to wizyty lekarskie, o ile o nich nie zapomnę. Inne rzeczy, takie jak spotkania towarzyskie, czy, o zgrozo, praca niestety nie są na liście moich miejsc do których się wyrabiam. Szczerze mówiąc to nie pamiętam kiedy byłam w pracy na ustawową 9-tą, szczęście w nieszczęściu, że nie pracuję w dziale w którym liczy się odbijanie karty na zakładzie.

Także tak moi drodzy. To by było na tyle rzygania tęczą i bredzenia o tym, że można wszystko, że to tylko kwestia organizacji. Mogę wszystko tylko wybierając jedną sferę muszę zaakceptować fakt, że inna na tym trochę ucierpi.
Nie wspominając o bajkach o strefie komfortu – jak ktoś kiedyś powiedział, jestem tak długo poza moją strefą komfortu, że moja strefa dyskomfortu stała się moją strefą komfortu.

Taki lajf.
Więcej... >

Matkowy Alfabet

alfabet macierzyństwa macierzyństwo
Długo myślałam o tym, jakim tekstem uczcić Dzień Matki. Myślałam o życzeniach, o liście do Zochny, ale finalnie do głowy wracała jedna koncepcja. Mój własny matkowy alfabet. Stopniowo tekst stawał się coraz dłuższy i bardziej złożony… Dzień Matki dawno minął, a tekst czekał na lepsze czasy. Postanowiłam podzielić go na części i nie zwlekać dłużej z publikacją.

Niespodziewanie alfabet matkowy Pani Fanaberii otwiera litera...

A jak…

Akceptacja Siebie
W nowej wersji cielesnej i umysłowej. O ile nad ciałem można w większym lub mniejszym stopniu zapanować i wypracować je na nowo, o tyle z umysłem jest trochę ciężej. W końcu trzeba zaakceptować to, że wraz z macierzyństwem bierze się na barki zupełnie inny sposób myślenia, bo nagle okazuje się, że nie martwimy się tylko o siebie, ale o tego małego człowieka, który nawet jako kilkulatek jest od nas zależny. Jest to też akceptacja tego, że jesteśmy niedoskonałe – puszczają nam nerwy, czasem rzucimy mięsem. Nie biczujmy się z tego powodu, jesteśmy tylko ludźmi.

Akceptacja Dziecka
Pamiętacie te słodkie dzieciaki z reklam i programów śniadaniowych? Te rozkoszne, ćwierkające maluszki? Zapomnijcie o nich, bo szansa na to, że Wasze dziecko właśnie takie będzie jest mniejsza niż trafienie 6-ki w totka. Są tu jacyś milionerzy? Nie? Tak myślałam.
Rzadko kiedy dzieciaki są takie jak się rodzic spodziewał czy jak sobie wymarzył. Często są zupełnie inne, nieidealne, krnąbrne. Nie chcą lubić tego co byśmy chcieli aby lubili, wolą rzeczy dla nas odległe i niezrozumiałe. Nie chcą współpracować i mają swoje zdanie, zazwyczaj demonstrowane w najmniej odpowiednim momencie, bo przecież wiadomo, że w droga do lekarza to idealny moment na pokazanie jak bardzo nie ma się ochoty na jazdę autobusem.
Można z tymi niedoskonałościami walczyć ale lepiej je zaakceptować i pokochać tą inność, zacząć jej towarzyszyć, bez oceniania. Przy takim podejściu jest szansa, że nasze frustrujące, niezrealizowane wizje rodzicielstwa zostaną zastąpione wspólną nauką, rozwojem i nowym sposobem patrzenia na świat.

Akceptacja Życia
W wersji z dziecięciem. Jest trudniej, ale i piękniej. Przynajmniej momentami. Poza tymi ulotnymi chwilami krótszymi i dłuższymi możemy zapomnieć o perfekcyjnie wysprzątanym mieszkaniu. Większość z nas musi też pogodzić się z tym, że czas beztroski minął, a już na pewno nie możemy go przywołać ot tak. Wszystko trzeba zaplanować. Opiekę nad dzieckiem, zgranie terminów. Z tyłu głowy jest też awaryjna opcja co będzie jak się dzieć rozłoży, a wraz z jego chorobą polegną  nasze plany. Niemniej jednak jak już się uda wyrwać ze schematu planowania i ogarniania rzeczywistości to jest to bardzo przyjemne doświadczenie. Może jest tak dlatego, bo nie jest ono czymś oczywistym i powszednim.

B jak...

Bycie
Po prostu. Dla dziecka kiedy trzeba mu pomóc, kiedy jest chore i trzeba nad nim czuwać, kiedy trzeba wziąć je w obronę, kiedy przychodzi się przytulić, czasem wystarczy bycie w jednym pokoju. Bycie w pogotowiu. Bycie na chodzie. To ostatnie wyjątkowo trudne, kiedy ma się ochotę pizgnąć wszystkim i pójść w świat między parkany…
Jest też bycie Tu i Teraz. W tej radosnej chwili z dzieciakiem, w czasie tego leniwego poranka, w czasie tej cudownej chwili samotności z kawą i książką.

Bezsilność
Kiedy dziecko choruje, kiedy nie możemy mu pomóc inaczej niż Będąc przy nim, a chciałoby się o wiele, wiele więcej.
Bezsilność w obliczu dziecięcej histerii, którą czasem po prostu trzeba przeczekać.
Bezsilność wobec problemów, z którymi czasem dziecko (zwłaszcza starsze) musi poradzić sobie samo.

Bieg
Ciągły. Za dzieckiem. Do pracy. Do przedszkola. Do lekarza. Czasem dla frajdy;)

Bałagan
W każdym pomieszczeniu niezależnie od tego ile ich posiadasz.
I w torebce, bo nagle poza standardowymi rzeczami jak klucze, portfel, błyszczyk, w torbie lądują nawilżane chusteczki, chusteczki higieniczne, pielucha, skakanka, gumki do włosów i spinki i co tam jeszcze chcecie lub co Wam dzieć wpakuje.

Więcej w następnym tekście:)
A Wy co byście dodały do moich A i B? Tylko błagam, nie miseczki;)

---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘

Więcej... >

Wakacje, znów będą wakacje…

rezerwacja noclegu wczasy wakacje nocowanie noclegi
Jak wiecie nie przepadam za poradami w stylu „jak odpieluchować dziecko” czy „jak zostać królem świata w 5 dni” niemniej jednak, ponieważ zbliżają się wakacje i upragnione, mniej lub bardziej, rodzinne wyjazdy, postanowiłam podzielić się z Wami swoimi największymi wakacyjnymi fuckapami w ramach porady „jak (nie) szukać urlopowej miejscówki”…

Po pierwsze – sprawdź kalendarz...
Już na etapie planowania wakacji warto upewnić się czy w terminie w którym planujmy wyjazd nie wypadają są jakieś spektakularne święta narodowe lub kościelne. Tyczy się to zarówno wakacji w Polsce jak i "zagranico". Może się okazać, że w weekend w który planujesz wypad planują go również np. Zielone Świątki (o których ja prawie co roku zapominam). Lepiej bowiem być przygotowanym na ewentualność zamkniętych sklepów zwłaszcza pod kątem np. mleka dla dziecka.
Dlaczego jeszcze warto sprawdzić kalendarz?
Jako niedzieciata, do tego nieprzepadająca za dziećmi panienka, wybrałam się na jednodniową wycieczkę do Torunia. Nie wzięłam pod uwagę (przypadającego na nasz dzień zwiedzania) Dnia Dziecka, w związku z czym większość atrakcji sobie odpuściłam uciekając w popłochu przed rozwrzeszczanym towarzystwem, które po Toruniu przemieszczało się watahami.
Z drugiej strony z okazji niektórych świąt czy rocznic można wziąć udział w ciekawych wydarzeniach np. piknikach historycznych.
Dlatego też sprawdzajmy daty, święta i rocznice - może warto rozważyć przełożenie zwiedzania miasta na inny termin?
W Warszawie na ten przykład lepiej odpuścić sobie zwiedzanie Krakowskiego Przedmieścia w każdy 10 dzień miesiąca (if you know what I mean:P).

Po drugie – położenie i skala
Nocleg upatrzony – świetnie. Czas na weryfikację położenia. Miejsce opisane jako „blisko centrum” może oznaczać położenie tuż przy hałaśliwym deptaku. „Dogodny dojazd” natomiast czasem równa się sąsiedztwu najbardziej uczęszczanej trasy w mieście albo kolejki.
To ostatnie plus stada nawalonego barachła (na głównym deptaku właśnie) skutecznie skróciło nasz pobyt nad morzem lata temu…
O co chodzi ze skalą? To fuckup przeciwny do bycia zbyt blisko centrum. Jeśli zależy Wam na bliskości miasta, Starówki, czegokolwiek, sprawdźcie na mapie czy miejsce opisane jako spełniające ten warunek faktycznie takie właśnie jest.
Swego czasu, w czasie wspomnianego już wyjazdu do Torunia, zawierzyłam opisowi, że hotel jest blisko Starówki. Okazało się, że blisko to pojęcie względne i spacer do hotelu z rzeczonej Starówki zajmuje ponad 2 godziny i w jego ramach wychodzi się poza granice miasta.

Po trzecie – opis
Poniekąd rozwinięcie punktu drugiego.
To że coś jest "oldskulowe" może oznaczać tyle, że jest stare i śmerdzi wykładziną z PRLu. Miejsce rodzinne może oznaczać wspólne kible, łazienki, kuchnie i co tam jeszcze chcecie i generalnie brak jakiejkolwiek prywatności. Plac zabaw to czasem dwie zardzewiałe huśtawki, a mini zoo bywa jedną zagrodą z trzema zmęczonymi kucykami. To ostatnie sprawdzałam na sobie w pensonacie opisanym właśnie jako rodzinne miejsce z masą atrakcji dla dzieci.
Jest jeszcze często nadużywane tzw.: „miejsce z tradycjami”. Kiedyś o mało nie pojechałam do hotelu tak opisanego. Okazało się, że tradycją są zatrucia pokarmowe gości.

Po czwarte – opinie, gwiazdki, walizeczki

Jeśli szukacie noclegów w stylu agrotustystyka itp. warto poświęcić czas na czytanie opinii wcześniejszych wczasowiczów, zwłaszcza jeśli dany ośrodek czy pensjonat nie ma własnej strony internetowej – tak to możliwe, ale jak pokazuje moje doświadczenie nie ma sensu przekreślać danego miejsca z powodu braku własnej strony www. Ostatnie wakacje spędziliśmy w rewelacyjnym miejscu wyszukanym na portalu w stylu wczasy.pl czy podobnym. Przekonało nas kilkaset pozytywnych opinii o miejscu. Po uprzedniej weryfikacji wcześniejszych podpunktów;)

Po piąte – współgoście
Przy rezerwowaniu noclegu warto dopytać się czy dane miejsce organizuje również imprezy integracyjne, wesela itp. i czy takie wydarzenie nie jest przypadkiem planowane w terminie Waszego przyjazdu.
Unikniecie dzięki temu dwóch moich fuckupów. Jednego ze stadem nawalonych „biznesmenów” za ścianą, drugiego z 18-ką w rytmie disco polo. To drugie słabe do potęgi, bo nie dość, że muzyka wołała o pomstę do nieba (albo chociaż awarię prądu) to jeszcze na wyjazd zabraliśmy 2,5 letnią Zo i znajomą rodzinkę z 3 letnim chłopcem. Także jak możecie się domyślić wypoczynek był mrzonką, chyba że za formę relaksu uznamy przeklinanie na czym świat stoi i całego rodzaju ludzkiego, który wymyślił sobie zwyczaj rytualnego przechodzenia w dorosłość.

Nie gwarantuję, że po zastosowaniu powyższych wytycznych wasze wyjazdy zawsze będą trafione. Czasami na drodze stanie Wam pogoda innym razem zaspane potomstwo, jednak być może dzięki moim wpadkom uda Wam się uniknąć swoich;)
---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Nowa odsłona serialu "Kochane Kłopoty" [Gilmore Girls - A Year in the Life]

Kochane Kłopoty nowe recenzja Lorelai Rory serial
Większość z nas, oglądało kiedyś z wypiekami na twarzy jakieś seriale, tylko po to żeby później o nich zapomnieć. Zazwyczaj pozostają ukryte one gdzieś głęboko w naszych wspomnieniach, a raz na 100 lat przypominają o sobie flashbackami i tekstami w stylu "a pamiętasz, był kiedyś taki serial w którym..."
Sytuacja zmienia się, kiedy ktoś zaczyna odgrzewać stare kotlety. Wtedy mamy okazję wrócić do swoich ukochanych bohaterów i skonfrontować ich z:
a) sentymentem/wspomnieniami,
b) z dorosłą wersją siebie.

Między innymi ze względu na tę konfrontację bardzo ucieszyłam się kiedy w zeszłym roku gruchnęła wiadomość o powrocie Gilmore Girls czy jak kto woli Kochanych Kłopotów. Z drugiej strony trochę się obawiałam tego co czas zrobił z moimi bohaterkami i ze mną. Czy będę w stanie jeszcze raz się wciągnąć w historię Gilmorek?
Źródło
Dla przypomnienia - oryginalny serial Gilmore Girls opowiada o perypetiach matki (Lorelai) samotnie wychowującej córkę (Rory). Ich losy zaczynamy śledzić w momencie, w którym Rory dostaje się do prestiżowej szkoły na którą niestety nie stać jej matki. Żeby umożliwić córce najlepszą edukację Lorelai zwraca się o pomoc do swoich bardzo dobrze sytuowanych rodziców, od których uciekła chwilę po urodzeniu dziecka.

Bardzo lubiłam ten serial. Kibicowałam Lorelai i Rory w ich codziennych perypetiach, przeprawach, a także i w miłostkach. Chociaż w tych ostatnich bardziej kibicowałam Rory, bo byłam wtedy mniej więcej w jej serialowym wieku.

Podobały mi się szybkie i błyskotliwe dialogi pełne ciętych ripost. Oczywiście już wtedy zdawałam sobie sprawę z tego jak bardzo przekoloryzowany jest świat w którym główne bohaterki zostały osadzone ale zupełnie mi to nie przeszkadzało... Co więcej jak tak sobie teraz o tym myślę, to chyba ten serial zaszczepił we mnie jakąś miłość do kawy i cynicznego poczucia humoru.

Powrót do Stars Hollow pod koniec 2016 roku zapewniły nam 4 (trwające 90 minut) odcinki. Każdy opowiadał o jednej porze roku. Już pierwszy z nich, "Zima", chociaż od lat nie oglądałam tego serialu, momentalnie odświeżył moje wspomnienia tego urokliwego, trochę odrealnionego miasteczka i jego oryginalnych mieszkańców.
O ile burmistrz nie zestarzał się jakoś specjalnie o tyle niestety ząb czasu mocno nadgryzł Luka. Trochę mniej Lorelai i Rory czy Lane (chociaż ta ostatnia zdecydowanie zrobiła największy postęp z zakresu asertywności). Najlepiej jednak trzyma się seniorka rodu Gilmore po której upływu czasu bynajmniej nie widać (przynajmniej jak się nie wraca do zdjęć z oryginalne serialu). Być może jest to kwestia konserwowania się dobrą szkocką...
Z ważniejszych osób spotkamy również Logana, Jessa i Deana (którego gra Sam z Supernaturala - if you know what I mean;)). Bynajmniej nie wymieniam ich w kolejności lubienia, raczej ze względu na częstotliwość występowania.

---Uwaga spoilery---
30 letnia Rory po studiach nie może pochwalić się zbytnio oszałamiającymi sukcesami. Pomimo świetnego wykształcenia dostaje tylko pomniejsze, niezbyt ambitne zlecenia, ale ma to się nijak do jej wymarzonej kariery dziennikarskiej. Artykuł w Timsie wydawał się być przełomem, ale niestety, było to tylko złudzenie. Ciągle w rozjazdach, z rzeczami porozrzucanymi w różnych miastach i facetem, z którym notorycznie zapomina zerwać, Rory miota się szukając swojej własnej drogi przez życie. Przystanki na tej trasie robi sobie właśnie w Stars Hollow, w którym, nawiasem mówiąc, niewiele się zmieniło - jej matka nadal prowadzi Dragon Fly Inn, a Luke w swoim niepowtarzalnym stylu zarządza jadłodajnią. Rory mimo głebokiej więzi z Lorelai nie jest z nikim (nawet z samą sobą) do końca szczera w opowiadaniu o tym jak ułożyło się jej życie, jednak z czasem, w kolejnych porach roku ma się co nieco w tej kwestii zmienić...

W tym samym czasie Lorelai stara się na nowo ułożyć relacje ze swoją matką, która po śmierci swojego męża (ojca Lorelai) staje się hm... powiedzmy, że bardziej wymagająca w sprawie kontaktów z córką, ba, zaprowadza ją nawet na rodzinną terapię.

Gdzieś pomiędzy dziewczynami jest miejsce również dla Luka i jego związek z Lorelai, w który z kolei nie bardzo wierzy jej matka...
---Koniec spoilerów---

Więcej nie powiem, bo warto obejrzeć te 4 odcinki chociażby dlatego, żeby zobaczyć jakie okoliczności i ludzie sprawiają, że Rory nie poddaje się w szukaniu swojej ścieżki, a także co Lorelai wymyśli w ramach nabierania dystansu do swojego życia i jak ten dystans się skończy.

Jak nowe-stare Gilmore Girls, wypadły w konfrontacji na linii dojrzałość kontra sentyment?
Czy Stars Hollow jest przekoloryzowane i do bólu słodkie - tak;
Czy Lorelai z punktu widzenia 30-latki zachowuje się czasem jak niedojrzała gówniara - owszem;
Czy Rory bywa zakręcona jak jej matka kiedyś tam - tak, tak, po tysiąckroć tak!
Czy Luke mógłby w końcu wyluzować i przyzwyczaić się do miasteczka w którym żyje i do swojej teściowej - zapewne.

Nie mniej jednak, żadne z powyższych nie przeszkodziło mi w świetnej, a czasem wzruszającej, zabawie, jaką miałam w czasie oglądania nowych perypetii Gilmore Girls.
Także tak - drogi Sentymencie - wygrywasz:)
Źródło
---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Filtr prysznicowy FITAQUA [TEST]

Początek roku był dla mnie pod kilkoma względami łaskawy. Jednym z nich jest fakt, że skontaktowała się ze mną firma Amii dystrybuująca filtry prysznicowe FITaqua. Bardzo się ucieszyłam, ponieważ, chociaż rzadko testuję cuda-wianki-wodotryski, to jak się już takich testów podejmuję to chciałabym, aby wpisywały się one w mój styl życia czy bieżące problemy.
czy ktoś stosował filtry prysznicowe fit aqua
Materiały producenta
A bieżące problemy, zwłaszcza te z okresu zimowego, w dużej mierze dotyczyły problemów zośkowej skóry na nogach i mojej skóry głowy. U Zosi skrajne wysuszenie i egzema (pomimo natłuszczania itp.), u mnie (na szczęście) tylko pierwsze z tego zestawu.

Tym bardziej ucieszył mnie fakt, kiedy na stronie producenta przeczytałam m.in. o tym, że rzeczony filtr prysznicowy sprzyja naturalnej pielęgnacji skóry i włosów, jest to bowiem prosty i naturalny sposób na zdecydowaną poprawę kondycji skóry i włosów. Szczególnie polecany przy alergii, łuszczycy i AZS. Rekomendowany do pielęgnacji niemowląt i małych dzieci (…) Stosowanie filtra Pomaga leczyć przesuszenia, podrażnienia i stany zapalne skóry [1].
Wszystkie to dzięki zawartości substancji KDF.
Cóż to takiego?
KDF to wysokiej jakości złoże cynkowo-miedziowe, które neutralizuje wysuszające działanie chloru, soli wapnia i magnezu. Filtr zatrzymuje nikiel, chrom i metale ciężkie, a także grzybnie i bakterie[2].

Fanów ekologii powinna również zainteresować informacja, że Filtry FITaqua pozostawiają tzw. "niski ślad węglowy” (low carbon footprint). To znaczy, że cały proces wytwarzania produktu, począwszy od wydobycia surowców, przez produkcję, użytkowanie, po składowanie i recykling, cechuje minimalna emisja gazów cieplarnianych.[3]
Ponadto jest to produkt wyprodukowany w Polsce, niezawierający parabenów.

Tyle producent.
Czas na mnie:)

Pierwsze wrażenie – bardzo pozytywne. Filtr wygląda ładnie i schludnie, pewnie wyglądał by tak cały czas gdybym bardziej dbała o swoją armaturę łazienkową – niestety jestem leniem patentowanym.
Niemniej jednak, pomimo swojego lenistwa i roztrzepania, filtr założyłam za pierwszym podejściem. Z niewielką pomocą żabki hydraulicznej, ponieważ okazało się, że wąż prysznicowy trzyma się bardzo mocno i za Chiny ludowe nie chce odpuścić.

Wg producenta filtr pasuje do wszystkich słuchawek (przyłącze o średnicy ½ cala). Do mojej na pewno:) Montuje się go między kranem, a wężem prysznicowym lub miedzy końcem węża, a słuchawką, zgodnie z poniższymi obrazkami:

Materiał producenta
Po zamontowaniu filtra zauważyłam, że w prysznicu jest zdecydowanie niższe ciśnienie. Poza tym, po dziś dzień, wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Tak jak pisałam na początku, montaż zajmuje dosłownie chwilę i jest bardzo intuicyjny. Żeby filtr działał jak trzeba konieczna jest jego wymiana co 3-6 miesięcy lub 5000 litrów zużytej wody.

Efekty
Po wodzie przefiltrowanej moje włosy są zdecydowanie bardziej błyszczące i miękkie. Poza tym w kąpieli odniosłam fizyczne wrażenie, że woda jest bardziej miękka i przyjemna w dotyku/zetknięciu ze skórą. Właściwie to trudno mi to opisać słowami, dlatego też zastanawiam się ile jest w tym faktycznego działania filtra, a ile siły sugestii, że mam w końcu filtr prysznicowy, więc TRZEBA czuć różnicę.

Najbardziej namacalnym dowodem działania filtru jest jednak fakt, że po kąpieli w przefiltrowanej wodzie nie piekła mnie skóra. Wcześniej po każdej kąpieli pędziłam po balsam do ciała ze względu na ogromny dyskomfort – pieczenie i swędzenie skóry np. na ramionach czy dekolcie. Kiedy woda jest przefiltrowana zdarza mi się zapomnieć o balsamie do ciała, co kiedyś było po prostu niemożliwe. Niestety nie odnotowałam równie spektakularnej zmiany na skórze głowy.
Jeśli chodzi o suchą skórę Zo to na początku widziałam różnicę - jej skóra była mniej zaczerwieniona zdecydowanie. Niestety po tygodniu wszystko wróciło do przesuszonej i zaczerwienionej normy.

W ostatecznym rozrachunku najlepszą i największą poprawę widzę na swojej skórze, która wcześniej była sucha i diabelnie piekła/swędziała po każdej kąpieli. Skóra głowy pozostała bez zmian, czyli jak była tak jest przesuszona, ale włosy zdecydowanie zyskały na nowej wodzie. Skóra zośkowa, z problemami typu przesuszenie, zaczerwienienie i egzema nie została naprawiona na stałe, po tygodniu poprawy wszystko wróciło do suchej normy.

Podsumowując...
Filtr w sklepie producenta kosztuje nieco ponad 60 zł.
Czytając opinie innych osób testujących filtr w większości przypadków działa. Jeśli nie na wszystkie przypadłości to chociaż na ich część – tak jak to było u mnie.


Jeśli do tego weźmiemy pod uwagę ile wydajemy na balsamy do ciała czy szampony do włosów oraz to jak prosty jest montaż tego wynalazku, to w ostatecznym rozrachunku myślę, że warto jest tych kilkadziesiąt złotych poświęcić, żeby sprawdzić jak na Was zadziała, bo skoro może pomóc to czemu nie?
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka