Równi Goście [The Nice Guys]

Żródło
Stany Zjednoczone, lata 70, czas kryzysu i kabrioletów. Gorące lato z ciężkim powietrzem przepełnionym smogiem. W uszach disco, w płucach dym (nie tylko) tytoniowy, który wtedy nie szkodził. Ten leniwy wstęp nie dotyczy jednak pewnej młodej gwiazdki porno, która przepada bez śladu, a jej odszukania podejmują się dwaj panowie: detektyw i wolny strzelec, którego nie znajdziecie w książce telefonicznej... 

Tak, tak kochani, udało mi się przedpremierowo zobaczyć film „Nice guys” z Rayanem Goslingiem i Russellem Crowem w rolach głównych.
Początkowo chciałam iść na ten film tylko ze względu na Goslinga, którego uwielbiam od czasów jego roli w „Fanatyku”. Russell też zawsze na propsie, więc taki duet był po prostu nie do odrzucenia. 
Źródło
Źródło
Kiedy zaczął się film zupełnie o nich zapomniałam. Tak świetnie wcielili się w swoje role, że przestałam widzieć aktorów, których podziwiam. 
Bez cienia przekłamania zupełnie zapomniałam, że oni to oni, bowiem miejsce Rayana i Russella zajęli Holland March oraz Jackson Healy. Każdy z nich z innym podejściem do życia, grupą docelową klientów oraz ze skrajnie różnymi metodami działania. Czasem tych metod nie mają wcale, ale to insza inszość. Jeden pijący na umór, drugi abstynent. Pierwszy hardy twardziel, drugi z kolei ciapa nad ciapami, człowiek nieszczęście i co tam jeszcze chcecie. Być może właśnie te różnice sprawiają, że tak znakomicie się uzupełniają. Są świetnym duetem zarówno jeśli chodzi o szybkie i rezolutne wymiany zdań jak i spuszczanie łomotu/uciekanie przed tymże.
Źródło
Jeśli odstawimy na bok brawurowo zagranych głównych bohaterów to jest jeszcze kilka innych kwestii, które mnie ujęły. Przede wszystkim poczucie humoru - czasem mocno absurdalne, czasem sarkastyczne, a innym razem głupawe, ale cały czas utrzymane na poziomie i to dosyć wysokim. O tym, że nic a nic nie przesadzam, może świadczyć ból policzków - nie przywykły do szczerego śmiechu przez prawie 2h;)
Dla koneserów ścieżek dźwiękowych też mam dobrą wiadomość - nie zawiedziecie się.

Podsumowując film polecam absolutnie wszystkim, a w szczególności tym którzy lubią akcję okraszoną toną świetnych tekstów i dwiema tonami humoru. Równi goście - jesteście absolutnie najlepsi:)

PS W niedzielę mam w planach popełnić recydywę - pierwszy raz w życiu pójdę do kina dwa razy na ten sam film:)
Więcej... >

Działkowanie, działkowanie, czas działkowania…

 
Zachód słońca na wale przeciwpowodziowym na Pilicą w okolicach Warki (woj. mazowieckie)
Photo by Pani Fanaberia
Działka/dacza/hacjenda - na jednych działa jak płachta na byka, na innych nie robi wrażenia, a na jeszcze innych sprawia, że cieszą się na samą myśl o wyjeździe gdzieś tam w głuszę.
Osobiście na różnych etapach swojego życia należałam do każdej z tych grup.

Photo by Pani Fanaberia
Jako dziecko uwielbiałam jeździć na działkę, nawet kiedy jeszcze nasza dacza była dziką łąką na której rozbijaliśmy z tatą namiot. Uwielbiałam to, bo zawsze była tam masa dzieciaków, nie trzeba było codziennie się kąpać (nie licząc kąpieli w rzece), nikt się nade mną nie trząsł gdy upierdzieliłam sobie jeansy. Na śniadanie jadłam chleb z masłem i pomidorem, w podbieraku nosiłam swoje przytulanki, a wieczorem siedziałam przy ognisku przy akompaniamencie gitar akustycznych, na których grali wtedy wszyscy. Były śpiewy, wygłupy i atmosfera luzu i słodkiego lenistwa. Nie
było za to kontaktu ze światem, ale z drugiej strony wtedy całym światem było dla mnie to co tu i teraz.
Potem przyszła niechęć. Bo koleżanki i koledzy zostają w Warszawie, bo na działce nudno, i w ogóle blieh jakoś tak mało prestiżowo. Ileż można w końcu siedzieć nad rzeką? I to nudną rzeką? Kumulacja niechęci nastąpiła jak miałam 16-17 lat i mój ówczesny chłopak miał działkę nie dość, że bliżej to jeszcze i jakoś tak bardziej rozrywkowo tam zawsze było.
Po niechęci nastąpiła era chwalenia się miejscówką. 18 lat na karku, prawo jazdy w towarzystwie już ktoś miał, wiec hulaj dusza piekła nie ma. Wypady na działkę wiązały się ze sporymi imprezami, grą w Warhammera i nie wiadomo jakimi nadziejami na melanż stulecia. Na szczęście nadzieje, zostawały zazwyczaj tylko nadziejami.

Photo by Pani Fanaberia
W międzyczasie zmieniało się wiele – mój partner życiowy, studia, prace, miejsca zamieszkania, stan cywilny, a ostatnio również i stan posiadania potomstwa. Działka pozostała niezmienną ostoją, oazą spokoju do której mogę wracać do woli. Sama, z rodzicami, ze znajomymi, a od dwóch lat z Zofią. I właśnie ta ostatnia zmiana, pojawienie się Zo sprawiło, że działka wkupiła się w moje łaski w zupełnie nowy sposób.
Po pierwsze stała się dla mnie miejscem wytchnienia nie tylko od pracy czy miasta, ale również od Zo, okazuje się bowiem, że moja pierworodna przy dziadkach zachowuję się cudnie, a ilość atrakcji w postaci domku na drzewie, huśtawki czy piaskownicy sprawia, że mogę spokojnie usiąść na chwilę z książką czy też przyciąć komara na hamaku.
Poza tym ten niewielki skrawek zieleni to niekończące się możliwości. Można zrobić grilla, iść na spacer, pograć w darty albo karty, a latem pokąpać się w rzece albo dmuchanym basenie, jesienią przejść się na grzyby. Można też nic nie robić i to jest właśnie cudowne.
Dla mnie osobiście jeszcze jedną niewątpliwą zaletą jest obcowanie z zielenią to balsam na moje skołatane nerwy. Dopiero od niedawna uczę się tego, że można się zatrzymać i pogapić bezmyślnie na kwiatka i muszę powiedzieć, że tam sprawia mi to największą frajdę i daje najlepszy efekt. Jeśli do tego dodamy cały dzień spędzony na naprawdę świeżym powietrzu to żyć nie umierać.

Nie jest to miejsce idealne. Ma swoje niedoróbki, ale dla mnie jest wystarczające. Oczywiście razem z M. wracamy stamtąd często styrani. Bywa, też, że Zosia jest mocno nieznośna w czasie jazdy, albo po powrocie do domu, a co za tym idzie do szarej rzeczywistości. Jednak mimo wszystko warto znieść niedogodności dla tych dwóch dni totalnego relaksu, albo przynajmniej stanu zbliżonego do niegoJ

A czy Wy macie takie swoje ostoje w życiu?
Cisza przed burzą...
Photo by Pani Fanaberia
Buju!!!
Photo by Pani Fanaberia

Dmuchawce, latawce, wiatr...
Photo by Pani Fanaberia
Komitywa. Sąsiad obszczekany.
Photo by Pani Fanaberia.
Majowa łąka...
Photo by Pani Fanaberia
Więcej... >

Kłamca kłamca… VOL 1

Czyli kłamstwa najczęściej powtarzane przez dzieciatych (i nie tylko). Dzisiaj moja czołówka samookłamywania...

Posiedzę dzisiaj chwilę dłużej a jutro odeśpię…
Macie ulubiony serial do nadrobienia? Książkę? Koncert do obejrzenia? Albo po prostu przyjemnie siedzi Wam się wieczorem, kiedy odpoczywacie od buntów, wrzasków i generalnie całego repertuaru potomstwa? Bądźcie czujni, bowiem w takich chwilach często załącza się legendarna nieśmiertelność, która podsuwa umęczonemu mózgowi szaloną myśl „W końcu jeden odcinek/rozdział/piosenka więcej nie zaszkodzi…” I tak 5 razy. Zastaje Was późna noc, albo co gorsza blady świt, ale nic to  - kłamstwo pozostaje w mocy.
W mocy, jak się okazuje rano, pozostaje również Wasza pociecha, która właśnie tego dnia zarządza pobudkę o 5.45…
Źródło
Wstanę jutro wcześniej i wszystko ogarnę…
Tia, szanse powodzenia są podobne do tych, które pojawiają się przy obstawianiu zamarznięcia piekła. Osobiście karmiłam się tymi bredniami jeszcze przed pojawieniem się Zo i zazwyczaj skutek był równie mierny, a biorąc pod uwagę, że w modelu z bachorzęciem głównym motorem jest chęć spania takie założenie samo w sobie jest oksymoronem. Jeśli komuś się to udało – proszę o info, z chęcią się dowiem jak to możliwe:)
Źródło
Jak tylko wrócę do domu położę się spać…
Zdarza się, że to pierwsza rzecz o jakiej myślę po przebudzeniu. Potem myślę o tym w pracy, zwłaszcza kiedy wiadro kawy nie pomogło w zebraniu myśli i skupieniu się na obowiązkach. Wybija 17. Wsiadam w auto i jadę do wymarzonego domu i z wyśnionym na jawie łóżkiem. Przekraczam prób skromnego M2 i bam! Senność odpuszcza czy raczej ustępuje poczuciu obowiązku – w końcu pranie samo się nie wstawi, dzieć sam (na razie) się nie nakarmi/umyje/ulula. Przychodzi spokój wieczora, a tam czai się serial, kolacja i inne (również punkt pierwszy). Finalnie idę spać dokładnie tak samo jak dzień wcześniej, a następnego dnia rano powtarzam to kłamstwo od nowa.
Źródło
Żeby nie było, że tylko (nie)spanie mi w głowie:

Dzisiaj wieczorem zrobię tyyyyyyyle rzeczy…
Mam Powera i masę roboty. Robię okropnie brzmiącą „to do” listę i… Następuje przeciwieństwo punktu poprzedniego. Tzn. po przekroczeniu progu mieszkania muszę zrobić dokładnie te wszystkie rzeczy o których pisałam wcześniej. A po ich zrobieniu nie ma już energii na nic więcej… odpalam więc serial i myślę to co w punkcie pierwszym:P
Źródło
Będę prasować/prać/zmywać na bieżąco...
Właśnie dlatego mam niegniotące się ciuchy, zmywarkę i dużą wannę… W dużej wannie mieści się dużo brudnych ciuchów:P
Źródło
A jakie są Wasze kłamstewka?:>
Więcej... >

Jak poskromić złość i być spokojnym i cierpliwym rodzicem – warsztaty

Przez ostatnich kilka tygodni miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w warsztatach pt: "Jak poskromić złość i być spokojnym i cierpliwym rodzicem" organizowanych przez społeczność Białołęka jest Kobietą
W ostatnie 4 niedziele od 17.15 do 20.30 zostawiałam w domu zbuntowaną Zofię i uczyłam się... Podobnie jak kilkanaścioro innych rodziców. Każdy z własnym bagażem doświadczeń, na różnych etapach życiowych i z różnymi dziećmi.

Na warsztaty szłam z dużym dystansem. W końcu przeczytałam kilka poradników, na bieżąco śledzę różne teorie wychowawcze, więc czego nowego mogłam się dowiedzieć? Fakt, że pomimo sporej teorii nie miałam zielonego pojęcia jak ją zamienić w praktykę, ale to inna para kaloszy. Szalę na stronę sceptycyzmu przechylali również niektórzy znajomi komentujący mój udział w warsztatach w sposób mocno pobłażliwy.
Okazało się, że bardzo się myliłam, moi znajomi również.
Owszem teorie wszelakie miałam całkiem nieźle obcykane, ale nic, absolutnie nic, nie jest równe kontaktom z innymi rodzicami oraz z prowadzącym warsztaty, który cierpliwie wysłuchuje i w sposób bezpretensjonalny pokazuje, że sytuacje bez wyjścia jednak takowe posiadają i jest ono bliżej niż nam się wydaje.

Czego się nauczyłam?
Radzenia sobie z emocjami, różnych sposobów zmieniania nie zawsze pozytywnych rytuałów oraz (chyba najważniejszego) innego postrzegania zachowań mojego dziecka i rodziny, którą na pierwszych zajęciach określiłam metaforą stada diabłów tasmańskich. Troje choleryków napędzających się w nieradzeniu sobie z emocjami...
Przez tych kilka zajęć, które po podliczeniu zajęły dokładnie 12h, okazało się, że można inaczej robić właściwie wszystko: reagować na histerie dwulatka, rozwiązywać problemy z postrzeganiem czasu przez 5-7 latka czy też rozmawiać z nastolatką o odrabianiu lekcji. 
Poza wkładem prowadzącego, bardzo pomocni byli inni rodzice, z których każdy z osobna zmagał się z bardzo różnymi problemami, a jednak zawsze, w każdym problemie ktoś potrafił podpowiedzieć coś na co wcześniej nie wpadł ten kto problem zgłaszał. Kluczowy okazał się bowiem dystans i inne spojrzenie na (wydawałoby się) temat nie do odczarowania.
Okazało się, że nie ma sytuacji beznadziejnych, że reakcje dla mnie nie do przeskoczenia mogą zostać zamienione na inne, akceptowalne, wręcz pożądane i wnoszące dobro, akceptację i szacunek (tak, właśnie szacunek) do wzajemnych relacji, bez wyrzekania się siebie i swoich potrzeb.

Żeby nie było zbyt różowo nie zamieniłam się w idealnego rodzica, bo tacy nie istnieją, niezależnie od tego ile godzin kursów zaliczą, ile podręczników przeczytają... Wprowadzanie zmian nie jest proste i nie dzieje się z dnia na dzień. Po każdej zmianie okazuje się, że cały czas jest coś nad czym powinniśmy popracować i tak w kółko. Jednak małymi krokami można osiągnąć wiele. 
Na ten moment swoim małym sukcesem określam fakt, że nawet jak się wkurzę potrafię z tej ścieżki zawrócić. Bywa też tak, że zapominam o tym, że powrót jest możliwy, ale są to naturalne potknięcia. W końcu nie ma ludzi idealnych i kluczem do wszystkiego jest ciągła praca nad sobą.
Najważniejsze jednak jest to, że wiem jaką mam misję i potrzeby, wiem również że wychowanie odbywa się tu i teraz, a nie tylko wtedy kiedy jest czas na tłumaczenie. Przede mną cała masa pracy, jeszcze więcej wyzwań, ale i drugie tyle satysfakcji.


Nie wiem, czy ktoś z organizatorów to przeczyta, ale dziękuję za możliwość uczestniczenia w tym wspaniałym przedsięwzięciu. Mam nadzieję, że motywacja i to jaka jestem mądra dobę po warsztatach utrzymają się długo długo i że w kryzysowych sytuacjach będę umiała przywołać wszystkie mądre rzeczy, których się dowiedziałam:)
Więcej... >

Piaskowy ratunek

Weekend czai się za rogiem. Z całym moim zamiłowaniem do tej pory tygodnia zawsze czekam na nią z pewnym takim niepokojem, zwłaszcza kiedy za oknem  zimno, do tego plucha, a z nieba leci bliżej nieokreślony mokry badziew. Albo kiedy dzieć jest chory i piękną słoneczną aurę możemy sobie wsadzić w... buty. Przy takiej słabej (delikatnie mówiąc) prognozie psychofizycznej trudno jest planować weekendowe aktywności. Jednakże plan jakiś mieć musimy, chociażby ramowy, bo bez niego nasza proaktywna Zo rozniesie nasze mieszkanie w drobny mak, a wraz z nim resztki naszej (i tak już mocno zszarganej cierpliwości).

Z odsieczą przybywa nam piasek. Ale nie byle jaki piasek z piaskownicy, ani (Boże uchowaj) taki z kociej kuwety. Nasz piasek jest superbohaterem wśród piasków - potrafi zająć Zo na dłuższy czas, nie brudzi rąk, przelewa się przez palce jak stwór z innej planety, a w imię dobrej zabawy da się nawet pokroić.

Piasek kinetyczny, bo o nim mowa, to nic innego jak zwykły piasek wzbogacony polimerami. I to właśnie te cosie na "p" nadają mu cudowną moc - niczym pająk gryzący ciapowatego Petera Parkera czy też wkurw rosnący w Halku albo związek X, który wyprodukował Atomówki:P

Czym zdobył moje serce?
Głównie tym, że zabawa nim ograniczona jest tylko przez naszą i dziecia wyobraźnię oraz (poniekąd) przez obszar przeznaczony do zabawy.
Zazwyczaj kinetyka wysypuję na tackę w krzesełku do karmienia ale można również kupić piasek kinetyczny z mini piaskownicą… Jednakże bądźmy szczerzy wystarczy zwykła taca z podwyższonymi rantami albo miska (osobiście polecam pierwszą opcję – miska u nas okazała się zbyt głęboka). Można też wysypać go po prostu na stół/podłogę, ale wtedy zdecydowanie trudniej zapanować nad zapędami bałaganiarskimi dziecięcia.
Piaskiem kinetycznym, jak już wspomniałam, bawić się można na milion sposobów. Od klasycznego lepienia babek (u nas za foremki służą plastikowe kubeczki), przez lepienie bałwana, wycinanie kształtów, tworzenie piaskowego placka, a potem krojenie go na kawałki. Można też grabić, przesypywać, przerzucać, okrajać, rozkopywać, albo odwrotnie zakopywać w nim np. małe przedmioty, a potem bawić się w ich szukanie.
Niewątpliwą zaletą tego wynalazku jest również to, że nie brudzi rąk, nie przykleja się do ciała/włosów (aczkolwiek wchodzi między zęby jak jego krewniak z piaskownicy). W dodatku jest łatwy w przechowywaniu – u nas sprawdza się zwykły plastikowy pojemnik. Żeby było jeszcze ciekawiej dostępny jest w wielu wersjach kolorystycznych – ja wybrałam taką w klasyczności.
Jedynym minusem jaki odkryłam po prawie 3 miesiącach użytkowania jest to, że chociaż nie klei się do rąk to do ubrań już tak. Łatwo się go z nich usuwa to fakt, jednak po zabawie zawsze trzeba nieco odkurzyć miejsce w którym piaskowa frajda miała miejsce.

Tak czy inaczej, jeśli Wasz dzieć lubi się paćkać w różnego rodzaju mąkach i ryżach, a do tego nie należy do gatunku małych człowieków, którzy umieją dłużej zająć się jedną czynnością to na pewno warto jest rozważyć zakupienie tego cuda. Dodatkowa zabawa piaskiem kinetycznym często jest polecana w ramach terapii SI.

PS Można też spróbować zrobić to cudo samemu, ale ja się nie odważyłam;)
PS2 Artykuł nie jest sponsorowany :P
Więcej... >
Pani Fanaberia © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka