Szok i niedowierzanie

Jak wiadomo najlepiej zaczynać od początku.
Tak więc, dwie kreski zobaczyłam pod koniec lipca. Chociaż, trochę kłamię, ponieważ na moje oko była to jedna kreska i jakiś dziwny twór w miejscu drugiej. Tak żeby nie było zbyt jednoznacznie.
Małżonek mój szanowny nawet się ucieszył, jako że poruszaliśmy ten temat kilka razy, ale też specjalnie nie dowierzał, tak samo jak ja. W końcu zajście w ciąże to nie jest takie hop siup, nie?

Postanowiłam zbadać sprawę dogłębnie i przy najbliższej okazji udać się na badania krwi, tak profilaktycznie. I tak o to badanie potwierdziło wynik testu. Dziwny twór  w miejscu drugiej kreski to była druga kreska.

Pierwszy odruch - panika. Drugi odruch - panika. Trzeci - podobnie. Po kilku niecenzuralnych słowach oznaczających szok i niedowierzanie, przyszła kolej na "no dobra i co teraz?"
Jako osoba totalnie zielona i nowa w "branży" postanowiłam podejść do tematu metodą małych kroczków - po pierwsze uznałam, że ta metoda pozwoli mi zachować zdrowie psychiczne, jak również zapobiegnie zapeszaniu. Skoro już jestem w tej ciąży, to chcę żeby wszystko poszło dobrze.
Odstawiłam alkohol, papierosy, kawę, colę i sporo innych rzeczy. Do tego zrezygnowałam z zumby, na rzecz spokojniejszych spacerów, a czasem biegania do autobusu:P

Paradoksalnie najbardziej dokuczliwe dla mnie okazało się ograniczenie moich możliwości. No bo jak to? Że niby ja czegoś nie mogę? Szlaban na wieczornego papieroska? Na tatarka? Na serki pleśniowe (za którymi normalnie średnio przepadam, ale jak nie mogę to mi się ich chce)? Ale... ale... ale jak to?
Kiedy większość kobiet cierpi na mdłości, ja cierpię na wkurwa, bo czegoś nie mogę. Oczywiście wolę to niż mdłości, ale moja przekorna natura, cierpi katusze.

Jeśli mam być całkowicie szczera, a chciałabym, to muszę się przyznać, że tak naprawdę informacja o ciąży dotarła do mnie dopiero po pierwszym USG.
Bynajmniej nie mam na myśli spływającego na mnie instynktu macierzyńskiego, po zobaczeniu bijącego serca potomka. Owszem zrobiło mi się cieplej na mojej zlodowaciałej pikawie, ale chodzi mi raczej o to, że dopiero kiedy to zobaczyłam, stwierdziłam, już bez paniki, "czas na zmiany" i już bez wkurwa, myślę sobie - poczekam tych kilka miesięcy, a potem będę się tarzać w tatarze i popijać go winem.

Udostępnij ten post

3 komentarze :

  1. Hahaha tarzać w tatrze :) Ja też tak chcę :)
    E.

    OdpowiedzUsuń
  2. 1 błąd początkujących rodziców. To nie jest tylko do porodu, wiele rzeczy zmienia się na zawsze... :)
    G.G.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiedziałam! :-D
    A tak serio serio serio to cóż mogę napisać - nawet jeśli przypuszczam, że wiem to i tak pewnie milion rzeczy mnie zaskoczy, a tatara zjem dopiero jak młody lub młoda przejdzie na inny pokarm niż ten produkowany przez mua:-)

    OdpowiedzUsuń

Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka